Ta lektura powinna być w Gliwicach obowiązkowa!

Ponad 50 lat temu powstała w USA książka, która w dzisiejszej Polsce jest zdumiewająco aktualna. Jane Jacobs, urbanistka i myślicielka w publikacji pt. „Śmierć i życie wielkich miast Ameryki” opisała dogłębnie, jak działają miasta. I choć pisała wszystko na przykładzie Nowego Jorku, to jej spostrzeżenia są tak uniwersalne, że do dziś powinniśmy korzystać z jej pomysłów. To jedna z najważniejszych książek o miastach, jaką kiedykolwiek napisano.

 

Jane Jacobs. „Śmierć i życie wielkich miast Ameryki”. Wyd. Fundacja Centrum Architektury, 2014

Oto 8 rzeczy, których powinniśmy się nauczyć od Jane Jacobs.

1. Kluczowym elementem miasta jest ulica. Powinna mieć wyraźne rozgraniczenie na przestrzeń publiczną i prywatną, musi być obserwowana przez jej „naturalnych właścicieli” i powinna mieć szeroki i cały czas użytkowany chodnik. Taka ulica jest jednocześnie żywa i bezpieczna. Budynki powinny stać do niej frontem, aby łatwo można było ją obserwować (a taką zwykłą, pozbawioną detektywistycznych zapędów, ciekawską obserwację, Jacobs uważała za całkowicie naturalną). Stała obserwacja ulicy „naturalnych właścicieli” ma działanie prewencyjne. Podobnie jak ciągła obecność na niej ludzi. A to można osiągnąć tylko poprzez mieszanie na tej ulicy różnorakich funkcji. Zdrowa ulica powinna „żyć” od wczesnych godzin porannych do późnych godzin nocnych, bo tylko wtedy nie będzie istniało niebezpieczeństwo, że wkradnie się na nią pustka, a razem z pustką – przestępczość. Na idealnej ulicy są wcześnie otwierane sklepy, dzieci bawią się na szerokich chodnikach, później otwierane są punkty usługowe i drobny przemysł, po południu działają wciąż kawiarnie, puby, instytucje kulturalne, przyjeżdżają dostawcy z towarami na następny dzień.

Bezpieczeństwo i wielofunkcyjność to najważniejsze pojęcia dla idealnej ulicy. A bezpiecznie jest wtedy, kiedy są ludzie. Ludzie są wtedy, kiedy mają powód, by być. Widok ludzi przyciąga innych ludzi. Wszystkie procesy się zazębiają, ułomność jednego z nich, nieuchronnie prowadzi do degradacji całości.

2. Miastem rządzi fenomenalny porządek, który tylko wygląda chaotycznie. To tysiące małych procesów, wzajemnie na siebie oddziałujących. Sporą część książki Jacobs poświęca na to, żeby to czytelnikowi uświadomić, opisać te procesy, zastanowić się nad ich wzajemnymi relacjami. Jednak najpiękniej widać to we fragmencie o „balecie na Hudson Street”, gdzie na kilku stronach Jane Jacobs opisuje życie swojej ulicy od momentu, kiedy rano wychodzi wystawić kubeł ze śmieciami. – To bardzo prozaiczna czynność, ale podoba mi się moja rola i cichy brzdęk klapy, który roznosi się, kiedy środkiem sceny do gimnazjum idą stadami uczniowie rzucając papierki od cukierków. (Dlaczego jedzą tyle słodyczy o poranku?) – zaczyna swój niemalże poetycki opis i kończy go jakże ważnym zdaniem: „Kiedy na Hudson Street widzisz kogoś trzy lub cztery razy, zaczynasz się witać skinieniem głowy. To prawie jak początek znajomości, rzecz jasna znajomości publicznej”.

3. Parki same w sobie nie niosą żadnej poprawy życia w mieście. Mogą nawet nieść jego pogorszenie.

O co chodzi? O to, że o pozytywnym wpływie parku na okolicę decyduje… właśnie ta okolica. Jacobs jest bardzo daleka od prostego fetyszyzowania otwartych, zielonych przestrzeni, uważając, że mogą one bardzo negatywnie wpływać na swoje otoczenie, głównie ze względu na to, że „strefa graniczna” (np. długie ogrodzenie parku) staje się martwym miejscem, potencjalnie niebezpiecznym. Żeby park był prawidłowo użytkowany, strefa graniczna powinna być możliwie płynna, czyli ulica powinna częściowo wchodzić do parku, a park częściowo wychodzić na ulicę, wzajemnie „zapraszając” do siebie swoich użytkowników.

Wydaje mi się, że w tym przypadku wychodzi częściowo różnica czasowa i kulturowa w stosunku do tego, co mamy dzisiaj. Jacobs ogromną uwagę zwracała na bezpieczeństwo, a za przyczynę jego występowania uważała głównie pustkę. Jednak dzisiejsze parki w Polsce nie są miejscami uważanymi za szczególnie niebezpieczne i wiele z nich znajduje się właśnie w takiej strefie, że pełnią funkcję stricte rekreacyjną i nie przenikają się z innymi funkcjami miasta. Park Jordana z Błoniami w Krakowie czy park Zdrowie w Łodzi są dużymi połaciami zieleni DO KTÓRYCH specjalnie się przyjeżdża, a nie przechodzi przez nie przy okazji. A jeszcze ciekawszym przykładem jest park Tiergarten w centrum Berlina, który ze względu na swoje położenie i układ ścieżek rowerowych i ulic jest parkiem „tranzytowym” – mnóstwo ludzi przejeżdża przez niego w drodze do pracy i z powrotem.

Co jest jednak ciekawe i warte zapamiętania w rozumowaniu Jacobs, to fakt, że sam park nie musi zawsze z definicji poprawiać okolicy i że bardzo ważne jest jego usytuowanie w otoczeniu, np. unikanie długich na kilkaset metrów płotów bez możliwości wejścia do środka – a to już jest rzecz, którą absolutnie w polskich parkach można poprawić, tym samym zapraszając do parków więcej ludzi i ułatwiając ich funkcjonowanie.

4. Dzielnica musi być wielofunkcyjna. Monofunkcyjność to zło!!!

Jacobs odkryła i opisała coś, co do władz naszych miast jeszcze nie dotarło. I raczej długo nie dotrze. Biznes-parki, inkubatory przedsiębiorczości, kampusy uniwersyteckie, zamknięte osiedla – to wszystko niszczy miasto. Są to miejsca, które „żyją” tylko w pewnych godzinach dnia, pozostając przez większość czasu pustymi, smutnymi terenami, dotkniętymi, jak pisze Jacobs „wielką zarazą nijakości”. Teoretycznie rzecz ujmując, projektowanie miasta w taki sposób: tu pracujesz, tam mieszkasz, tam robisz zakupy, a tam się relaksujesz, jest bardzo kuszące. Źródłem takiego myślenia jest pochodząca jeszcze z XIX wieku idea miasta-ogrodu oraz utopie Le Corbusiera i innych modernistów. Ale co najmniej od 50 lat powinniśmy już wiedzieć, że takie miasto nie działa dobrze. Mieszkańcy osiedli przeżywają codzienny horror w korkach wyjeżdżając do pracy i z niej wracając. W swoich biurowych miasteczkach są skazani na codziennie to samo jedzenie ze stołówki zakładowej (o ile takową mają), bo z samego biura więcej restauracji się nie utrzyma. Podobnie z innymi lokalami handlowymi – jeśli mają stać puste przez większą część dnia – nie będą się pojawiać w ogóle.

W polskich miastach widzimy ten negatywny proces co najmniej w trzech aspektach. Po pierwsze, mamy gigantyczne strefy ekonomiczne i siedliska biurowców. O ile duże zakłady przemysłowe potrzebują sporo miejsca i nie zawsze chcielibyśmy je widzieć w sąsiedztwie innych zabudowań, o tyle skupione w jednym miejscu biurowce są zwykle nudnym, ponurym miejscem, niczego nie wnoszącym do tkanki miejskiej, nie dającym pracownikom żadnej wartości dodanej, nie generującym życia, nie pozwalającym otoczeniu na rozkręcenie się ekonomicznie. Po drugie, mamy rozlane przedmieścia, które z kolei stają się sypialniami pozbawionymi zwykłego życia ulicznego (często w ogóle pozbawionymi chodników) właściwie przez cały dzień. Ich mieszkańcy skazani są często na podróż samochodem nawet po bułkę do spożywczego. Po trzecie, atrakcyjne do niedawna lokalizacje w mieście są przejmowane przez siedziby banków, co dzieje się kosztem innych lokali. A banki, jak wiemy, zamykane są o 17, czasem o 18. I coraz częściej zamiast różnorodnych śródmiejskich funkcji handlowo-usługowych, dostajemy ciąg eleganckich, ale niszczących miejskie życie instytucji.

Co do powstawania biurowych biznes-parków, nie mam złudzeń – będą powstawać dalej. Co do przedmieść, obawiam się, że w ciągu najbliższych lat także, ale o tym się pisze i mówi coraz więcej, możliwe że proces zostanie chociaż spowolniony. Co do punktu trzeciego – tutaj wejść powinny miasta z odpowiednią polityką lokalową, bo pozostawienie całego tego procesu wolnemu rynkowi poprowadzi do degradacji wielu atrakcyjnych terenów (co zresztą też opisuje Jacobs – w pewnym momencie dochodzi do sytuacji, gdzie banków jest w danej okolicy tak dużo, a pozostałych lokalów tak mało, że dotychczas atrakcyjna okolica, przestaje nią być. Banki zaczynają się wynosić, lokale stoją puste, degradacja postępuje dalej, teren staje się nieprzyjemny, dostaje etykietkę niebezpiecznego, wynoszą się kolejne podmioty gospodarcze. Odzyskanie takiego miejsca z powrotem dla miasta trwa długie lata). Przykładów Jacobs podaje znacznie więcej, to jeden z ważniejszych fragmentów jej książki.

5. Kwartały ulic powinny być małe.

To banalny w swojej prostocie, ale ważny postulat. Długie ulice, z których nie można się wydostać, stają się martwe, nikt nie chce po nich spacerować. Gęsta siatka sprzyja handlowi, kontaktom, ruchowi. Im więcej sposobów dotarcia z punktu A do punktu B, tym korzystniej. Dlatego też takimi „killerami” przestrzeni są jakieś wielkie obiekty, przez które nie można przejść na długim odcinku. Przypomnijcie sobie, jak wyglądają w polskich miastach okolice torów kolejowych. To samo tyczy się dwupasmowych dróg bez skrzyżowań na dłuższych odcinkach.

6. Im więcej przestrzeni zapewniamy samochodom, tym bardziej potrzebujemy z nich korzystać.

Jacobs dostrzegła 50 lat temu to, do czego wciąż w Polsce przekonać daje się niewielu. Otwieranie kolejnych parkingów i dróg nie tylko prowadzi do zwiększenia ilości samochodów, ale także do tego, że drogi i parkingi zabierają przestrzeń. A jeśli zabierają przestrzeń, to zwiększają odległości. A gdy zwiększają odległości, to wymuszają korzystanie z samochodu. A co za tym idzie, zmniejszają efektywność komunikacji miejskiej i zniechęcają do korzystania z rowerów i chodzenia pieszo.

Rozdział poświęcony ruchowi samochodowemu jest, z dzisiejszego i „polskiego” punktu widzenia, jednym z najważniejszych. Jacobs udowadnia na przykładzie Los Angeles, że nie ma żadnego punktu równowagi, do którego da się dotrzeć jeśli chodzi o zwiększanie możliwości poruszania się prywatnymi autami. „System transportu zbiorowego LA, uważany kiedyś za najlepszy w USA, upadł do poziomu niewydolnej resztki transportu publicznego, a presja związana z parkowaniem prywatnych aut rośnie tam cały czas. Kilka lat temu – pisze Jacobs w roku 1960 – dwa miejsca parkingowe na lokal mieszkalny uważane były za w pełni wystarczające. Obecnie nowe budynki oferują trzy miejsca parkingowe na lokal, bo żadna mniejsza liczba nie byłaby wystarczająca w mieście, gdzie bez samochodu trudno kupić paczkę papierosów”. Jacobs pokazuje jasno, że dodawanie kolejnych wielopasmowych dróg „rozciąga” miasto, pustoszy je, sprawia, że staje się niefunkcjonalne, koszty utrzymywania tras i zanieczyszczenie powietrza rosną i żyje się coraz gorzej.

Jeśli jednak komuś wydaje się, że Jacobs w prostolinijny sposób chce po prostu pozbyć się samochodów z miast, jest w błędzie. Ograniczanie ich ruchu – tak, ale jego całkowite usuwanie – zdecydowanie nie. Autorka jest świadoma tego, że auta są niezbędne do zaopatrywania sklepów, restauracji i punktów usługowych, a poza tym ich całkowite wyeliminowanie ze znacznych obszarów miasta byłoby sprzeczne z nadrzędną zasadą – unikania monofunkcjonalności. Ale co najmniej 20 lat przed Janem Gehlem postulowała umiejętne, stopniowe, rozłożone w czasie utrudnianie samochodom poruszania się po mieście – aby ożywiać miejskie życie, ułatwiać poruszanie się pieszym i rowerzystom i jak najbardziej efektywnie wykorzystywać miejską przestrzeń.

7. Czym powinien zajmować się urbanista (czyli zawód, którego znaczenie w Polsce jest w tej chwili marginalne)?

Celem urbanistyki powinno być pobudzanie miejskiej żywotności. Trzeba stymulować i katalizować jak największą liczbę funkcji i użytkowników w każdej z wielkomiejskich dzielnic. Zapewniać ciągłość sieci lokalnych społeczności, regenerować dzielnice biedy, przezwyciężać niszczycielski wpływ granicznych pustkowi i rozjaśniać wizualny porządek miast. I banalnie proste i piekielnie trudne zarazem…

8. aleossowohulehoziztymymiassami…?

Jacobs kończy swoją książkę w sposób skomplikowany, ale efektowny. Pokazuje każdemu miejskiemu badaczowi, jakie powinien mieć podejście do zagadnienia pt. „Miasto”. Jak należy to miasto traktować, jakie pojęcia i jakie metody stosować, jeśli chce się o nim mówić, dyskutować, albo pisać. O co chodzi? Zajrzyjcie do książki, i tak już się za dużo rozpisałem. Ale w końcu „Śmierć i życie wielkich miast Ameryki” ma prawie 500 stron. Trafnych przykładów, zaskakujących stwierdzeń i błyskotliwych porównań jest tam mnóstwo. A Polska jest teraz na takim etapie rozwoju, że nic tylko czekać na „Śmierć i życie miast Polski”.

Piotr Kozanecki

(http://terenzabudowany.blog.pl/)

 

2 Comments on "Ta lektura powinna być w Gliwicach obowiązkowa!"

  1. Brawo, brawo. Są tylko dwa problemy. Pierwszy, to ten, że ci, którzy niejako z zawodowego obowiązku powinni czytać – nie czytają, a jeśli nawet, to nie rozumieją, co przeczytali. Drugi, to polski mental, który powoduje, że stojąca po kostki w błocie para statecznych małżonków, zapytana, jak jest? odpowie, że jest pięknie, coraz piękniej.  Sam nie wiem dlaczego, może dawniej błota mieli po pas. Obowiązkowym uzupełnieniem lektury książki Jane Jacobs, powinna być głośna już "Siódemka" Ziemowita Szczerka. Tak dla równowagi, aby uzmysłowić sobie z kim chcielibyśmy w dekadę-dwie, przeskoczyć ponad sto lat cywilizacyjnego dojrzewania społeczeństw Zachodu. 

  2. … Gehlem, Jacobs, "Śmierc w wielkim mieście" – modele, modeliki – może dla studentki II roku Architektury – głupiutkiej jak krzesełko na którym siedzi. Przestrzeń publiczna, miasto przyjazne i takie tam … można mnożyć w nieskończoność. Można, tylko po co … urbanistyka, rozwój zrównoważony – zrównowazony czym , dla kogo i przez kogo i wreszcie po co ?. Miasta umierają i wydaje sie, że to proces nieodwracalny – brak tego czegoś, co jest czynnikiem miastotwórczym, co do miasta przyciąga, co z nim wiąże, łączy na stałe, a nie na chwile na 8 czy 10 godzin. Miasta umierają – kto może, zmyka z nich na bezpieczną odległość. Tu przyjeżdża do biura, do pracy, na uczelnię, kupic byle co, oddać mocz, pójść do urzędu i … spieprzać im szybciej tym lepiej. Tu żąda się drogi dobrej, parkingu, dojazdu, żeby dupy za daleko nie nosić i autko mieć bezpieczne przez te kilka godzin … a potem wio do chałupy. Tu mnie nic nie interesuje, moge zajechac kołami każdy trawnik i park każdy, zastawić wszystkie chodniki – bo mi się należy, bo mam prawo, bo … bo jestem PRZYJEZDNYM ĆWOKIEM. Miasto ma dać robotę, przyjazny urząd, sklepy i fryzjera, zapewnic w miarę higieniczne sranie i … do niczego więcej nie jest potrzebne, do niczego. Kultura, teatr, kino a może księgarnie, a może muzeum – a dla kogo ? – pytam sie, dla kogo – dla tej chołoty, a może dla okolicznych wioch, co tu sobotę na rynek przyjadą, żeby sie piwa nachlać, pałę zalać, narzygać i naszczać po bramach i jeszcze morde wydrzeć i … do domu … i do nastepnej soboty. Bo trzeba sie raz na tydzień rozerwać, bo sie należy "człowiekowi pracy" po tygodniu dojenia krów, orania, sadzenia czy wyrzucania gnoju … sie należy … A mieszkańcy ? – no cóż, mieszkańców też nie ma, są tylko zameldowani i zakwaterowani w mieście, są tu, ale przeciez ich nie ma – są tu, bo są skazani na to miasto, bo nie mają wyboru, albo nie chca go mieć. A władze miesta? – władze to mają w dupie, bo nie po to są władzami … Bardzo lubie takie książeczki, takich różnych mądralów, nawiedzonych i zdoktoryzawanych już lub doktoryzujących się dopiero, filozofów i niezliczone panienki o ptasich móżdżkach, którym wydaje się, że wszystko wiedzą i na wszystko maja receptę … Naczytałem sie tego, bez mała, do zesrania –  z racji zawodu, z racji funkcji, … i co ? … i nic … Dostawałem na studiach wypieków przy Le Corbusierze, Wrightcie i takich tam, … podniecałem się Jugendstillem, Werkbundem, Bauhausem czy Futuryzmem wreszcie, miastami ogrodami, mega lub minimiastami … już się nie podniecam … mieszkam w Gliwicach, więc mi już "nie staje" … a jednocześnie za stary już jestem, żeby wiać stąd, gdzie pieprz rośnie, za stary … a szkoda … A miasto, ? – no cóż – po rzymsku – "kciuk w dół" …

Leave a comment

Your email address will not be published.


*