„…TEATR MÓJ WIDZĘ OGROMNY…” (cz.1 – moje teatru rozumienie)

Teatr mój widzę ogromny,
wielkie powietrzne przestrzenie,
ludzie je pełnią i cienie,
ja jestem grze ich przytomny …

Ja słucham, słucham i patrzę –
poznaję – znane mi twarze,
ich nie ma – myślę i marzę,
widzę ich w duszy teatrze!

(Stanisław Wyspiański)

Tyle Wyspiański – a przecie nie chodziło Mu o wielkość, o przestrzeń – słowem nie chodziło mu o „teatr”. Jemu chodziło o „TEATR”, o „TEATR” właśnie. Dźwiękowo to jednakie się wydaje, jednako brzmi, ale to tylko dlatego, że nie potrafimy albo też nie nauczyliśmy się mówić „dużymi literami”. Bodaj dlatego.

Odróżniam „teatr” od „TEATRU”.

To pierwsze, czyli „teatr” to „buda”, lepsza czy gorsza ale buda tylko, to wydzielona przestrzeń w której dzieje się lub ma dziać „TEATR”.

„TEATR” może istnieć bez „teatru”, „teatr” bez „TEATRU” – nigdy.

Nie jestem teatrologiem, teoretykiem teatru, nie jestem również teatralnym krytykiem, stąd też takie rozumienie teatru, jest moim „teatru rozumieniem”. Można się z tym zgodzić lub nie, można to aprobować lub nie – nie ma to dla mnie żadnego znaczenia.

Do takiego, niejako indywidualnego lub prywatnego, rozumienia teatru, doszedłem jako dość młody człowiek, bodaj w połowie lat 60-tych. Pisałem wtedy pracę maturalną z języka polskiego w temacie „dowolnym” – niezbyt wówczas mile widzianym, bo cenione były tematy narzucone – zawsze „bardziej zaangażowane”. Te „dowolne”, jako poniekąd „ratunkowe”, były zawarowane raczej dla „polonistycznych tępaków” czyli kandydatów do tytułu „inteligenta technicznego” i kierujących się na studia odległe na ogół od kierunków humanistycznych. Pisałem zatem temat „dowolny” o teatrze właśnie i o moim tegoż teatru rozumieniu. Przyjąłem jako motto pracy pierwszą z przytoczonych zwrotek, przy czym „…teatr mój widzę ogromny…” w sposób ścisły wyznaczał kierunek „mojego natarcia”. Przez trzy godziny w ”twórczym i wściekłym zapale” przelałem wówczas na kartki „kancelaryjnego papieru” wszystko co mi w tej materii na duszy leżało lub „w duszy grało” – po raz pierwszy odważnie i samodzielnie aż do bólu. Po wyjściu z sali ogarnęły mnie jednak wątpliwości i właściwie zacząłem myśleć o wrześniowym terminie poprawkowym. Jeszcze tego dnia wieczorem, spotkałem moją polonistkę, Panią już w „kwiecie wieku” – No gratuluję Ci – powiedziała – to najlepsza praca w mojej karierze nauczycielskiej. Gdzie się na studia wybierasz? …Na Politechnikę – odpowiedziałem raczej skromnie… Na Politechnikę… hm… no cóż … życzę powodzenia… – zakończyła bez entuzjazmu i odeszła.

Byłem z siebie dumny, tak dumny, że …że niewiele brakowało, a „zlałbym” matematykę… ale widziałem wówczas i do dziś „teatr mój widzę ogromny” …

I cóż widzę w tym TEATRZE i jak GO rozumiem godzi się wyjaśnić po tak długim wstępie. Pewnie nie będzie to odkrywcze, ale wówczas dla 18 letniego chłopaka…

TEATR dla mnie z czterech tylko składników się wówczas składał i dziś także – połączonych ze sobą organicznie i z najwyższą harmonią – nierozdzielnych absolutnie. Z czterech tylko – podkreślam – ale stanowiących w istocie swej „warunek konieczny i wystarczający” dla jego istnienia:

  • Dramat,
  • Reżyser,
  • Aktor,
  • Widz

– i tyle, aż tyle i… i nic więcej nie potrzeba by był TEATR. Każdy inny składnik może TEATR uszlachetniać, może ułatwić jego rozumienie czy odbiór wreszcie, ale nie jest koniecznym. Te cztery składniki są ze sobą połączone organicznie jak pierwiastki w związku chemicznym – wyjmij jeden i nie ma związku, wyjmij jeden i… NIE MA TEATRU. Nie istnieje TEATR bez Dramatu, nie istnieje TEATR bez Reżysera, nie istnieje TEATR bez Aktora i nie istnieje TEATR bez Widza.

Być może moje nazewnictwo owych czynników jest uproszczone, być może zbyt symboliczne ale właśnie takie ma być.

Wszystkie składniki są ważne jednako, bo w jednaki sposób decydują o istnieniu TEATRU.

Dramat to myśl, może treść, ujęta przez jej Twórcę-Autora w słowo i w gest często również. Wprawdzie dramat, a ściślej mówiąc jego tekst, jest utworem literackim, to jednocześnie jest bodaj jedyną formą literacką, która nie służy do czytania. Dramatu się nie czyta, dramatu się słucha. Nie oznacza to oczywiście, że nie można przeczytać „Wesela”, czy nawet czytając, zachwycać się celnością czy dosadnością wypowiedzi jego bohaterów. Ale właśnie – „wypowiedzi” – czyli trzeba to wypowiedzieć, wyartykułować – zamienić słowo drukowane w dźwięk, a w konsekwencji słuchać a nie czytać.

Tu wyobraźnia Widza nie musi działać – bo tu odbiór jest tylko, czasem połączony z zachwytem czasem nie – ale odbiór tylko…Tu odbiór wywołuje moją radość, smutek, powątpiewanie, mój uśmiech czy łzy…

Reżyser jest dla mnie wizjonerem, który myśl zawartą w tekście Dramatu przekłada na swój język, swoją wizję, na swoje dramatu rozumienie. Mogę to „kupić” albo nie, mogę zachwycić się albo wygwizdać, mogę … mam prawo … mam wybór wreszcie. Reżyser akcentuje i wyraża w dramacie to co uważa za stosowne i w sposób jaki uważa za stosowny – bo to Jego wizjaJego i nikogo innego. Bo takie są Reguły TEATRU. Te Reguły muszę zaakceptować – nie mam wyboru, bo to TEATR właśnie. Mogę nie iść do „teatru”, mogę nie iść na spektakl, ale jeśli tam pójdę, to godzę się na Jego Reguły godzę się na TEATR.

Aktorowi współczuję i podziwiam Go zarazem. Jest na z góry straconej pozycji, a jednocześnie cały splendor spływa na niego. Jego nosi się na ramionach lub obrzuca jajami – często tego samego. Kim żeż jest na Boga – tubą tylko, instrumentem na którym ktoś gra – bywa że wspaniale, czy też Artystą ze Szczytów Sztuki, Bogiem bez mała, który może manipulować moimi uczuciami, podnosić mnie i rzucać jednocześnie, głaskać i pastwić się nade mną, wręcz upokarzać? Kim jest ? – Wielki jest wszystkim… Aktor nie mówi tekstu, nie przekazuje jego treści a nawet nie interpretuje – Aktor gra… zamienia tekst w dźwięk, w swoistą muzykę, w jakąś niesamowitą formę oddziaływania, która choć na chwilę przenosi mnie w inny świat w inną rzeczywistość. Czarodziejem jest On, czy szalbierzem jakim? – oczywiście że tak – wszystkim do kupy i każdym z osobna. Jest AKTOREM… Jeśli jest Wielki, to nic do szczęścia więcej nie jest mi potrzebne – nie potrzebuję dekoracji, muzyki, światła teatralnego i niezliczonej ilości teatralnych gadżetów… Wystarczy mi On… i Jego Głos…

I wreszcie Ja – Widz. Jestem ważny, ważny tak samo jak Oni, bo Oni „robią” TEATR dla mnie i ze mną, bo beze mnie nie ma TEATRU. Czy jestem biernym obserwatorem, odbiorcą sztuki tylko, konsumentem – absolutnie nie – też gram – cieszę się, raduję, czasem cicho, czasem głośno się śmieję, czasem płaczę, klaszczę lub tupię z oburzenia – reaguję, żyję, przeżywam – gram, przecież bez mała w scenariuszu mnie ujęto. Moja reakcja jest aktorowi potrzebna jak powietrze, oczekuje jej, jest jego żywiołem… jest TEATREM

Tyle ja …

Z moim malutkim Wnukiem byłem w teatrze – pierwszy raz zresztą.

Siedział ważny na dobrym miejscu i widział wszystko.

Czy rozumiał – nie wiem.

Wiem jedno – czuł TEATR – w kurczowo zaciśniętych piąstkach Go czuł, w szeroko otwartych oczach, czuł GO w dziecinnej rozdziawionej buzi…

Czuł TEATR – był TEATREM…

…Czasem chciałbym być dzieckiem i znów jak dziecko móc przeżywać TEATR, jak dziecko w Nim uczestniczyć i mieć, mieć jak dziecko, NIESKOŃCZONĄ Z TEATRU PRZYJEMNOŚĆ

…Bo tylko DZIECKO TEATR SWÓJ WIDZI OGROMNY… naprawdę OGROMNY

…Chciałbym… chciałbym… BYĆ JESZCZE RAZ DZIECKIEM …

OTWÓRZMY DZIECIOM SZEROKO DRZWI TEATRU…

OTWÓRZMY

NIECH WIDZĄ JEGO OGROM I WIELKIE POWIETRZNE JEGO PRZESTRZENIE…

OTWÓRZMY…

Polecamy drugi felieton z cyklu:

http://info-poster.eu/teatr-moj-widze-ogromny-cz-2-ruina/

Gleiwitzer49

1 Comment on "„…TEATR MÓJ WIDZĘ OGROMNY…” (cz.1 – moje teatru rozumienie)"

  1. Jeśli Autor nie jest teatrologiem (myślę, że może jednak jest), niechby to sobie  jak najwiecej teatrologów przeczytało.

    Pozdrowienia i niech ŻYJE  TEATR.

Leave a comment

Your email address will not be published.


*