„…TEATR MÓJ WIDZĘ OGROMNY…” (cz. 2 – ruina)

7 komentarzy

Niedawno publikowaliśmy pierwszy felieton z "teatralnego tryptyku" Gleiwitzera49. Pora na drugi – świetny. Dotyczy naszych "magicznych ruiun" i… chyba jeszcze czegoś w ruinie, ale to już temat do refleksji. Literacko, ironicznie i ciepło…

Temat „ruiny” czyli przedwojennego Teatru Victoria przewijał się zawsze odkąd sięgam wstecz, w miarę dorosłą pamięcią. Jedni „ruinę” chcieli burzyć, inni odbudowywać lub jak się to zgrabnie mówi „rewitalizować”. Jedni traktowali ją jak kupę gruzu, a inni jak zabytek klasy zerowej. I tak się to ciągnęło od lat pewnie pięćdziesięciu bez mała i do dziś się ciągnie i jak mi Bóg miły, z pięćdziesiąt jeszcze pociągnie w przyszłości.

A „teatr” ? … „teatr” z germańską dumą i stoickim spokojem patrzy na to wszystko, jakby chciał powiedzieć – „przeżyłem, choć pogruchotany, tajfun ruski to i polski burdel też przeżyję. Jeszcze przecie nie umarłem póki leber polski leje na mnie i sra we wnętrzności moje, i flaszkę obciąga, i pawia puści czasem… jeszcze nie umarłem póki on tu zagląda, przyjaciel mój wierny i jedyny … jeszcze nie umarłem…”.

Ale też „ruina” ta po cichutku modli się do „swego Boga”: „… strzeż mnie „o mein Gott” przed tymi, co tu chcą w krawatach przyjść, przed tymi, co to tytuły mają ważne i funkcje przewysokie, przed tymi, mnie strzeż „o mein Gott”… strzeż mnie przed tymi „Frau und Fräulein” rozmaitymi, co to takie mądre są, a zdoktoryzowane całkiem, co to zamiast „Kinder, Küche und Kirche” chcą robić „groß Kultur und groß Theater”, przed nimi mnie strzeż „o mein Gott” …strzeż mnie przed Prezydentami, Naczelnikami, Posłami i Żonami Ich …strzeż mnie przed nimi „mein Gott” …

Tak cichutko modli się „ruina-teatr” i … i pewnie wie co robi …

…Mój pierwszy kontakt z „ruiną”, to tak chyba gdzieś w 1968 roku nastąpił, w czerwcu bodaj. Inwentaryzację tam mieliśmy robić jako studenci, w ramach ćwiczeń jakichś lub zajęć KSA – nie pamiętam. Po długotrwałym mocowaniu się z kłódką jakąś, dostaliśmy się wreszcie do środka tego „cóś”, co kiedyś teatrem było a teraz niczym w zasadzie … Wszędzie syf, jakieś deski, kawałki cegieł, tynku, gruz, flaszki po gorzole, winie, denaturacie i inne takie, resztki materaca lub tapczanu jakiegoś, diabli wiedzą co, ale na pewno pozostałości po ówczesnej „teatralnej widowni”, raczej niewyfraczonej i ludowej jak najbardziej. Rozleźliśmy się po tym „zabytku” z latarkami, próbując połapać się w tym wszystkich choć trochę – po piwnicach pełnych wody, po jakichś pomieszczeniach bez okien, po schodach grożących zawaleniem, by wreszcie znaleźć się na antresoli oplatającej prawie, ogromną i koszmarną salę, do której przez jakieś okna czy otwory w ścianach sączyły się snopy światła. Chłód jakiś ciągnął od dołu i smród stęchlizny, smród starych ruin, trupi bez mała. A my w koszulkach prawie letnich …Koszmar …

I nagle z dołu nierealnie… czyściusieńką niemczyzną i z siłą iście germańską:

Die Fahne hoch! Die Reihen fest geschlossen!

SA marschiert mit ruhig festem Schritt.

Kam'raden, die Rotfront und Reaktion erschossen,

Marschier'n im Geist in unser'n Reihen mit.

Rzucamy się do krawędzi antresoli, a w dole w miejscu obecnej „sceny”, w syfie obskurnym, na jakiejś skrzyni i we wspaniałej smudze światła, jak przysłowiowy feniks, stoi nasz kolega (wówczas bodaj aktor STG) w brązowej sztruksowej koszuli i czarnych spodniach, na lekko ugiętych i w rozkroku nogach i ściskając w charakterystycznym geście, lewą ręką genitalia, a prawą równie charakterystycznie wysuwając przed siebie, dmie pełną i bojową piersią kolejne frazy:

Die Straße frei den braunen Bataillonen.

Die Straße frei dem Sturmabteilungsmann!

podrzucając przy tym genitalia w marszowym rytmie pierwszych zdań każdej zwrotki,

to znów już nie męcząc ich podrzutami a dwukrotnie z siłą cyklonu powtarzając :

Es schau'n aufs Hakenkreuz voll Hoffnung schon Millionen.

Der Tag für Freiheit und für Brot bricht an!

I znowu z genitaliami w górę i w dół, marszowo i groźnie:

Die Fahne hoch! Die Reihen fest geschlossen!

SA marschiert mit ruhig festem Schritt.

…by wreszcie dać im spokój i kończyć z powtórzeniem, wręcz romantycznie:

Kam'raden, die Rotfront und Reaktion erschossen,

Marschier'n im Geist in unser'n Reihen mit.

Niezapomniane widowisko …

Zbiegamy na dół … Dziewczyny piszczą –„ jeszcze raz Władeczku, jeszcze raz” …

„Nic z tego, drogie panie, nic z tego – jeszcze byście się na pamięć nauczyły … a eto zapreszczeno, pomnite – surowo zapreszczeno”…

Ziąb i smród wygonił nas z „zabytku” na dziurawy deptak z resztkami ławek. W ciepełku czerwcowego słońca obgadywaliśmy „spektakl” – „gdzieś się tak naumiał tej „pięknej pieśni” Władeczku” padało co i raz – „e tam … zaraz naumiał … babcia mi śpiewała do snu, tom sobie zapamiętał … ale żeby zaraz naumiał, uczę się dopiero” … – skromniutko rzekł Władeczek … „dopiero się uczę” …

Inwentaryzacji nie zrobiliśmy jednak, nie pozwolili, podobno groziło zawaleniem …

To chyba mój „pierwszy spektakl”, który zaszczyciłem w tym „teatrze”, ale z jakim klimatem niepowtarzalnym, a z jaką siłą wyrazu … Nigdy potem i nikomu nie udało się w tym miejscu tak silnie na mnie oddziaływać jak Władeczek w ten ciepły czerwcowy dzień Roku Pańskiego 1968.

… czyżby „die Fachne hoch!” miało taką siłę… czy „klimat” tego miejsca tak mnie „zauroczył”… sam już doprawdy nie wiem…

…Minęło wiele lat a wokół „śmierdziela” wciąż, jak w „Błędnym kole” Malczewskiego, wirują tłumy – a to samotne Panie, a to Panowie różni, mniej i bardziej ważni i lumpy, i działacze kultury, naukowcy i związkowcy, i organizacje, i fundacje, i inne nacje …

I co? – i „gawno” – jak wdzięcznie i śpiewnie mówią Rosjanie …

I tylko „klimat” – „klimat” coraz lepszy …

…Ilekroć tamtędy przechodzę i na te „mury zabytkowe” patrzę, na ten symbol „gliwickiej kultury”, na tę kupę „śmierdzącego klimatu”, to mi się chce na ławkę jaką wskoczyć, nadal obgryzioną i jak Władeczek zawyć:

Die Fahne hoch! Die Reihen fest geschlossen!

SA marschiert mit ruhig festem Schritt.” – genitalia jednakowoż pozostawiając w spokoju – bo to i wiek nie ten już, a i brzuch przeszkadza …

Polecamy pierwszy felieton z cyklu:

http://info-poster.eu/teatr-moj-widze-ogromny-cz-1-moje-teatru-rozumienie/

Gleiwitzer49

7 Comments on "„…TEATR MÓJ WIDZĘ OGROMNY…” (cz. 2 – ruina)"

  1. Gliwitzer49 z "germańską dumą" opisuje "polski burdel". A czy to nie ta sama germańska duma doprowadziła do wywołania II Wojny Światowej? Czy to nie NIEMCY wymordowali MILIONY Polaków, Żydów, Rosjan i innych nacji?

    Nie zrobili tego tzw. bliżej nieokreśleni Naziści czy Trzecia Rzesza tylko Niemcy z tzw. germańską dumą.

    Gliwitzer49 myśli, że tylko on zna historię. Więc pytam, który naród w Europie dokonał więcej niegodziwości i zbrodni niż Niemcy? Bestialstwa w obozach koncentracyjnych na "skalę przemysłową" z tzw. "niemiecką precyzją". Rabunek dobytku ludzi w Polsce ale i całej Europie, dzieł sztuki… Czego nie dało się UKRAŚĆ po prostu niszczono, palono, dewastowano. Również pewnie z "germańską dumą".  Największe koncerny niemieckie korzystały z niewolniczej pracy Polaków i tworzyły przyszłe fortuny.

    Każdy naród ma w swojej historii wzloty i upadki ale tyle krwi na rękach, tyle bestialstwa, tyle rabunku i niegodziwości co twój, niemiecki nie ma żaden. Nawet w małym procencie. A nie pomyślałeś, że może ten "polski burdel" wynika właśnie z niemieckiej pazerności, która spowodowała dodatkowe 50 lat okupacji Polski (pod kuratelą ZSRR)?

    Następnym razem Gliwitzer lepiej dobieraj sobie argumenty.

     

  2. Brednie wypisuje ów bardzo z siebie zadowolony jegomość, który na makatce w kuchni ma zapewne wydziergane szwabachą złote myśli o Germańskiej wyższości nad podłym ludem z nad Wisły. Takie frazesy, zapoczątkowane przez XVIII wiecznych oświeceniowców z Berlina, Wiednia i Petersburga od początku miały uzasadniać wszelkie grabieże, ekspulsje, poniewierki i inne haniebne postępki których na innych dopuścili się ci co to od zarania mają się za lepszych, mądrzejszych i bardziej zasługujących na  jaśniejszą stronę mocy. Nasz obecny prezydent – kraju i miasta – też mają podobny stosunek do rzeczywistości choć odmienne od Gleiwtzera poglądy. 

  3. … "rynce opadajom" … "dobre wychowanie wyniesione z domu z makatką stosownie wydzierganą" nakazuje coś odpowiedzieć, wyjaśnić, bądź wytłumczyć się jakoś, nie będąc jednoczesnie podejrzewanym o "germańska dumę", "ruską wielkomocarstwowość", czy co tam jeszcze… nakazuje ale … powiem tylko jedno: Drodzy Panowie "Babuś" i "Historyk" czytać, czytać ze zrozumieniem … Dyskusje historyczne natomiast, znacznie wygodniej, a pewnie i skuteczniej można prowadzić na portalu INTERIA.pl w dziale historycznym … ja sie na takie dyskusje nie piszę … poprostu – "Ich bin zu kurz" …

  4. Nóż się w kieszeni otwiera…

    http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/201897.html

    • Na temat tego spektaklu trudno mi coś powiedzieć. Nie widziałem – za drogi dla mnie po prostu 🙂

      • Nie o spektakl tu chodzi ;), a o wpleciony przez autora w recenzję "Gabary pamięci żałobny rapsod"… tym razem obraźliwy uważam dla nieboszczki Operetki Śląskiej, która wbrew temu, co próbowali wmawiać wszystkim przez lata swej hegemonii Gabara i Piotrowski, była sceną profesjonalną i raczej nie prowincjonalną, a już na pewno nie chylącą się ku upadkowi… To jest obrzydliwe! (że pozwolę sobie użyć tak ostatnio modnego we wrażliwych kręgach słowa…)

        "Szacunek i najwyższe uznanie należą się dyrektorowi gliwickiej sceny Pawłowi Gabarze za to, że zamienił chylącą się ku upadkowi prowincjonalną scenę operetkową w nowoczesny, porywający teatr muzyczny. Nawet grane tu operetki mają swoją klasę, spektakle taneczne są rewelacyjne, no a w musicalu, dzięki m.in. "Rodzinie Addamsów", dołączył Gliwicki Teatr Muzyczny do krajowej czołówki. Promocja, którą miasto zyskało dzięki Addamsom kosztowałaby niewyobrażalne pieniądze, zamiast jednak nagród dla dyrektora, dziękczynnych listów i słów uznania szefowi gliwickiego teatru podziękowano, ale za… dalszą współpracę, tak zwyczajnie, po naszemu, po polsku. …" 

        I co Państwo na to?

        • Proszę zauważyć, że te laudacje żałobne przewijają się w wielu wypowiedziach, najwyraźniej inspirowanych. Zwracam na nie konsekwentnie uwagę od jakiegoś czasu. Tym którzy je piszą, za przeproszeniem wisi poziom prezentowanych tu ostatnio spektakli. Taka to krytyka, niestety. Te majaki pana autora, ktore Pan zacytował sugerują, że chyba nie wie o czym pisze, albo…porwał go teatr muzyczny z Gliwic daleeeekoooo stąd 😉

          Raz jeszcze podkreślam, że nie widziałem Adamsów, ale znając temperament Jacka Mikołajczyka przebijający z jego tekstów, wierzę zdecydowanie, że bije na głowę chociażby ulubioną przez byłego już dyrektora Panią Sartovą. I jeśli jest tak dobrze, jak mówią, trzymam za niego kciuki i życzę mu powodzenia z pełną sympatią i dużą nadzieją.

           

Leave a comment

Your email address will not be published.


*