U Stanisława na imieninach, czyli słów kilka o moim zapleczu…

U Stanisława na imieninach być trzeba. Ja nie byłem, ale wiem przynajmniej, kto był. Wiem też o czym była mowa i nawet bym się tym nie chwalił, gdyby nie to że po części byłem tych rozmów tematem…

Stanisław tkwi mocno z lewej, ale bynajmniej nie przeszkadzało to osobom z różnych innych stron politycznej sceny zasiąść przy jednym stole. I słusznie! Różnić się możemy politycznie, światopoglądowo itd., ale nigdy nie wolno pozwolić na to, aby uniemożliwiało nam to normalność. A właśnie, winien jestem czytelnikom ważne wyjaśnienie – ja na imieninach u Stanisława nie byłem. Może to i naturalne, wszak jego właśnie wskazałem jako jedną z osób, które w szerokiej perspektywie są winne obecnemu stanowi gliwickiej polityki. Zdania nie zmieniłem i nie zmienię. Ponieważ przy imieninowym stole zasiadły również inne osoby, którym kiedyś tam lżej lub mocniej mogło się w Info-Posterze dostać, nie było mnie i jak widać nie pomogło mi nawet zgłoszenie przeze mnie własnej kandydatury w wyścigu o fotel prezydenta miasta.

Z tego, że omawiano moją kandydaturę jak zjawisko atmosferyczne, bez mojej obecności, chyba nie powinienem być bynajmniej dumny. Nie jestem zatem i skłania mnie to do kilku cierpkich wprawdzie, ale jakże cennych dla mnie samego konstatacji. Jeśli ktoś chce czytać, znajdują się poniżej…

Nie interesuje mnie imieninowa polityka. Czy będą to imieniny Stanisława, Zygmunta, Piotra, Jacka, czy też solenizantów o imionach mniej znanych. Uważam, że niektóre decyzje są trudniejsze do podjęcia, kiedy zostają zakropione takim czy innym trunkiem i zagryzione łososiem, schabikiem, czy czym tam kto woli. Na taką politykę nie mam czasu, choć okazuje się, że i tak zostaję w nią włączony – w formie menu. Uprzedzam lojalnie, pozory mylą – kościsty jestem i raczej niedogotowany. Może kością w gardle nie stanę, ale niestrawnością się to skończyć może.

Wróćmy jednak do tych konkretnych imienin – Stanisława. Elita gliwickiej lewicy, dość pochopnie moim zdaniem, skwitowała moje wyborcze szanse: „nie ma szans, bo nie ma zaplecza”. Mówiono także o innej kandydaturze, o czym napomnę po przyjacielsku, opatrując ją określeniem „zbyt”, co zainteresowanym powie wiele. Więcej na ten temat nie napiszę, bo nie jestem upoważniony wypowiadać się o szansach osób trzecich.

Zadam przewrotne pytanie: bez żadnego zaplecza skąd ja wiem, szanowni moi i mili, o czym gaworzyliście w moim kontekście? Cóż wy wiecie, roztomili biesiadnicy, o moim zapleczu w ogóle? Wy, przyzwyczajeni do politykowania pomiędzy kolejnymi punktami karty dań? Oswójcie się – tak na deser – z tym, że ta era mija. Oczywiście przy naszej mentalności nigdy nie odejdzie w niebyt, ale traci na znaczeniu. Ważna uwaga – mam tu na myśli gliwickie podwórko, chociażby dlatego że udało mi się cokolwiek rozchwiać nogi biesiadnego stołu. Przyzwyczailiście się, że stół łączy. To prawda. Przy stole opcje polityczne zyskują na znaczeniu co najwyżej wtedy, gdy wypije się zbyt wiele. Do mojego zaplecza zwyczajnie nie jesteście natomiast przyzwyczajeni. Nie wywodzi się, póki co, z politycznego establishmentu, który koniec końców, nie tylko w gliwickim wydaniu, pojawia się prawie w komplecie przy biesiadnych stołach. Moim zapleczem są i coraz bardziej będą ludzie, których nawet nie wszyscy znacie. Wspaniali ludzie, mieszkańcy tego miasta, często od wielu lat. Powiem więcej, może się okazać, że w tych wyborach przegram. Ale zapewniam Was, drodzy biesiadnicy, przegram w dobrym stylu i na pewno nie z kretesem.

Źle się dzieje, że coraz częściej dochodzą do mnie głosy, iż rozmawiają o mnie, jak o towarze, osoby, którym nie dałem do tego upoważnienia. Rozmówców uprzedzam, to są rozmowy nieautoryzowane, bez wartości. Nie przywiązujcie do nich wagi. Poważne rozmowy na mój temat mogą odbywać się tylko z moim udziałem, lub ze mną samym. Staropolskie „nic o nas bez nas” występuje tu w swoim najlepszym znaczeniu.

Czy jestem zawiedziony, że nie byłem na imieninach Stanisława? Nie, ani trochę. Takie zaproszenie ze strony osób, które ponoć mnie oficjalnie wspierają, byłoby rzecz jasna na miejscu, ale nie przyjąłbym go. Z radością umówiłbym się po imieninach, przedstawiając także środowiskom lewicowym mój projekt, pod którym o ironio, jeśli są rzeczywiście wierni swoim lewicowościom, powinni się ze spokojem podpisać. Dla odmiany, potraktujcie proszę te słowa jak moje zaproszenie. Tak mogę zabiegać o poparcie i wsparcie każdej ze stron politycznej sceny. Tak, ale nie inaczej. Czytelnie i honorowo.

Przy biesiadnym stole nie widać wielu rzeczy. Tego mianowicie, że coraz bardziej wzbiera fala kunktatorstwa, która sprawić może, że kandydatura Zygmunta Frankiewicza zyska poparcie nawet nie jednej, ale kilku poważnych sił politycznych. Tu zwrócę się do wszystkich biesiadników – doceńcie lepiej już teraz falę oburzenia, z jaką zostanie przyjęty taki ewentualny alians. Wielu z was jest być może o krok od podjęcia fatalnych decyzji, którym tak naprawdę powinienem przyklasnąć, bo obnażą politykierstwo i rzeczywiste partyjniactwo, ułatwiając w ten sposób narrację wyborczą każdemu kandydatowi z dołu.

Ten tekst jest niepolityczny, sądzicie? Pozornie. Jest bardzo, ale to bardzo polityczny, choć biorąc pod uwagę wasze kanony, niepolitycznie zgoła napisany. Taki jestem, dla wielu niestety. Nie zmienię się. Moja polityka bierze się z dołu, z ulicy, z wieloletniej walki z porządkiem, powstającym właśnie przy biesiadnych stołach. Zastanówcie się zatem, ci którzy o poparciu mnie myślą i ci, którzy rzeczywiście mnie popierają, co z tym fantem zrobić… Jestem i będę lojalnym sojusznikiem. Swoje zobowiązania wypełnię i słowa dotrzymam. Liczy się tylko to, kiedy mogę dać słowo i jakie zobowiązania podjąć. Nie będzie mowy o żadnych, których nie poznają z wyprzedzeniem moi wyborcy. Zapewniam już teraz, że nie podejmę ich w poważnych rozmowach przy zielonym stoliku, a tym bardziej w czasie pogwarek przy biesiadnym.

Moim jedynym celem jest normalność w Gliwicach. Cel ten nie uświęci jednak wszystkich środków. Jeśli będzie trzeba, moją kampanię będę prowadził za pomocą kserowanych ulotek. Jak braknie na ksero – będą przepisywane ręcznie. Lubi się powtarzać, ile kosztuje kampania wyborcza. Znów będę niepolityczny – to prawda, ale pewnej ceny nie zapłacę.

Zakończę przesłaniem spoza biesiadnego stołu. Nic nie wiecie, Szanowni Goście Stanisława, o moich wyborczych szansach, ani o ludziach, którzy we mnie lokują swoje nadzieje. Miejcie zatem choć trochę pokory i nie ferujcie wyroków. „Bo potem będzie wstyd…”, jak śpiewał Seweryn, na którego imieninach, dla odmiany, byłem 🙂

Dariusz Jezierski

14 Comments on "U Stanisława na imieninach, czyli słów kilka o moim zapleczu…"

  1. "Różnić się możemy politycznie, światopoglądowo itd., ale nigdy nie wolno pozwolić na to, aby uniemożliwiało nam to normalność" – niestety, nie dorośliśmy jeszcze do tego. Podziały nie biorą się u nas z nieczego innego jak właśnie z różnic światopoglądowych, których nie potrafimy przeskoczyć nawet jeśli mamy jeden cel. W Polsce o naprawieniu przysłowiowej dziury w drodze decyduje światopogląd i przynależność polityczna. Gdyby tak nie było to gliwicka opozycja miałaby jednego kandydata na prezydenta.

  2. Ładnie napisane, ale tak naprawdę nic Pan nie napisał o swoim zapleczu.. Liczyłem na jakieś nazwiska:) bo jeśli mam na Pana oddać swój głos, to chciałbym wiedzieć, kto będzie z Panem współpracował-to wiele by powiedziało, a nawet dookreśliło, co tak naprawdę będzie się działo w Gliwicach po Pana wygranej.. Bo z pewnością jest Pan świadomy, że będąc prezydentem, nie będzie Pan w stanie ogarnąć wszystkich tematów, sceduje Pan dużą część na swoich zastępców.. Jest Pan w stanie podzielić się już taką wiedzą? A jeśli nie, to kiedy?

    • Tu odpowiedź jest prosta – będę to mógł zrobić, jak inni kandydaci, dopiero wtedy kiedy oficjalnie można będzie rozpocząć kampanię wyborczą. A i to, jak się Pan domyśla, dotyczyć będzie tylko osób, które na to wyrażą zgodę. Co do Pana argumentów i uwag – całkowita zgoda z mojej strony. I oczywiście zapraszam do bezpośredniego kontaktu: dario308@wp.pl lub naczelny@info-poster.eu – powiedzieć można więcej niż napisać.

    • Drogi Bernardeiro, jeżeli spodziewałeś się u Pana Redaktora zaplecza w postaci kilku urzędniczych i biznesowych cwaniaków, to raczej czeka Cię zawód. A jakież to zaplecze ma miłosciwi panujący ZF? Nie dosyć, że nieudolne, to jaszcze zrzeszotowiałe od korupcji. Uczciwość  to warunek konieczny u kandydata. Pan Zygmunt nie ma czego położyć na szalę z tą cechę charakteru. Poczekajmy na start kampanii, tak jak sugeruje Naczelny I-P. porównamy wtedy zaplecza wszystkich kandydatów.

  3. realista miejski | 16 maja 2014 at 11:27 am | Odpowiedz

    O naiwności, naiwności! eh..

    Jak można sądzić, że dostanie się poparcie tych, którzy dotąd nieźle, a nawet świetnie dogadują się z Frankiewiczem. Oczywiście, że bez chwili wahań spuszczą też jego w sraczu, jeśli ktoś inny więcej im obieca i będzie miał realne szanse te obietnice spełnić. A więc na owych imieninach oto spuścili kandydata, który jest nie tylko w ich oczach bez szans.

    Bład podstawowy. Na sojuszników nie wybiera się byle kogo, a już z pewnością nie tych, którzy z samej swojej istoty nimi nie są.

    A więc z pewnością nie wolno szukać ich w gliwickim SLD oraz w gliwickim PiS, a także kazimierczakowskiej frakcji PO zawsze sprzyjającej Frankiewiczowi.

    Jedyną w Gliwicach siła polityczną, czyli u nas tylko półpartią, jest od dawna  zdeklarowany przeciwnik Frankiewicza, poseł Gałażewski, ale bardzo liczący się nadal w elitach PO i osobistości, które go wspierają.  Ale to także oni, w razie wygranej, chcą rozdawać karty i co jest z tym związane, rozdzielać trofea, i jeśli sojusz ma się udać, to trzeba ten fakt uwzględnić.

    Stąd konkluzja pod rozwagę aspirującego wysoko redaktora – mierzenie sił na zamiary a nie odwrotnie byłoby mniej romantyczne, ale dużo sensowniejsze.

    • Z niekłamaną satysfakcją mogę stwierdzić, że co do meritum jestem zgodnym z przedmówcą. Nadmienię tylko, że nigdy nie szukałem w tym środowisku sojuszników. Odpowiednie „oferty” rozmów zostały natomiast – i publicznie i prywatnie – złożone innym potencjalnym sojusznikom. Na jedno jednak mój wpływ będzie niewielki – na ewentualny, narzucony odgórnie alians PO z ZF, lub na mission impossible w postaci startu w wyborach kandydata samej PO.

      • realista miejski | 16 maja 2014 at 3:20 pm | Odpowiedz

        Coś mi się przypomina, że była składana jakaś oferta dla wszystkich sił polityczbych, a konkretnie udział we władzy w charakterze zastępców. Czyli tych co za szefem noszą nocnik czy kondony. Tak zresztą jak to jest teraz, ale obecni zastępcy należeli tylko do PO.

        Przypomina się przy okazji anegdota dotycząca I sekretarza KWPZPR w Katowicach tow. Grudnia, który dowiedział się, że złośliwcy nazywają go "towarzyszem palcem" i wiązał to z drobnym, acz widocznym brakiem na swojej dłoni. Czuł się tym więc oburzony. Jednak ksywka naprawdę dotyczyła tego, że był zastępcą członka biura politycznego wiodącej partii, co w istocie rzeczy odnosiło się do jego realnych wpływów politycznych 😀

  4. "Miejcie zatem trochę pokory i nie ferujecie wyroków, bo potem będzie wstyd…" konstatuje redaktor naczelny Info-postera w odniesieniu do rzekomych biesiadników. Wcześniej stwierdza, że "moja polityka bierze się z dołu, z ulicy, z wieloletniej walki z porządkiem, powstającym właśnie przy biesiadnych stołach". Zasadniczy wątek opracowania stanowi kwestia tzw. zaplecza kandydata i jego wpływu na powodzenie zainicjowanego projektu. Dla dalszych rozważań istotne znaczenie ma zdanie "…zgłoszenie przeze mnie własnej kandydatury w wyścigu o fotel prezydenta miasta", które jednoznacznie dowodzi, że inicjatywa była autorskim pomysłem, a nie wynikiem poparcia danego środowiska bądź grupy społecznej. Jak zatem wygląda zaplecze "kandydata na kandydata" oraz szanse powodzenia jego projektu, które niejako stanowią myśl przewodnią tekstu? Podejmując próbę celującą w udzielenie odpowiedzi na te pytania należy odwołać się wyłącznie do faktów i zdarzeń mających swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości. W pierwszym okresie działalność redaktora koncentorowała się na ujawnianiu i opisywaniu nieprawidłowości z zakresu funkcjonowania gliwickich spółek komunalnych, dzięki czemu udowodnił, że portafił zdiagnozować patologie, które nie były zauważane przez takich lokalnych znawców samorządu jak m.in. Andrzej Jarczewski, Marian Andrzejczak, Marek Berezowski. Celowo podane zostały te nazwiska bowiem pierwszy z wymienionych był przez wiele lat zastępcą prezydenta miasta, a więc pracownikiem samorządowym zatrudnionym na eksponowanym stanowisku urzędniczym (ponadto był też radnym miejskim), drugi jest autorem licznych opracowań o ssaczach, a trzeci jest wysokokwalifikowanym profesorem zwyczajnym mającym doświadczenie jako radny. Nagle ku wielkiemu zaskoczeniu okazało się, że nikt w Gliwicach poza redaktorem DJ nikt nie potrafił dostrzec i wskazać ewidentnych przykładów łamania prawa, a przecież z racji wykonywanych zadań służbowych np. A. Jarczewski był zobowiązany znać i umieć czytać ze zrozumieniem przepisy określonych ustaw, podobne oczekiwania można było kierować pod adresem Pana Profesora. W rezultacie tych działań można powiedzieć, że redaktor DJ obnażył stan przygotowania merytorycznego osób sprawujących funkcje publiczne lub aspierujących do pełnienia takich funkcji, ale na tym się niestety sukcesy Pana Redaktora kończą. Dlaczego? Odpowiedź jest banalna i prosta, bowiem z faktu zdiagnozowania i opisania szeregu nieprawidłowości nie można wywodzić wniosku, iż te umiejętności i dokonania będą stanowić ugruntowane podłoże do zainicjowania autorskiego projektu pod nazwą "kandydat na kandydata". Druga równie ważna kwestia dotyczy spraw związanych z wykształceniem, doświadczeniem zawodowym, umiejętnościami i kompetencjami, jakie są potrzebne osobie występującej w roli kierownika tegoż projektu. Niewątpliwie redaktor pokazał, że potrafi szybko się uczyć i w dobrym stopniu opanował wiedzę z wąskiego zakresu (podkreślam!) wybranych zagadnień związanych z nadzorem wlaścicielskim nad spółkami miejskimi, ale nie upoważania to do wyciągania wniosków, że są to kluczowe przesłanki predystynujące do zajmowania stanowiska prezydenta miasta. Nawet w ustawie o pracownikach samorządowych art. 6 jest m.in. zapis, że "pracownikiem samorządowym może być osoba posiadająca określone kwalifikacje zawodowe wymagane do wykonywania pracy na określonym stanowisku". Jeśli od osób przyjmowanych do pracy na szeregowe urzędnicze stanowisko pracy oczekuje się odpowiedniego poziomu kwalifikacji zawodowych, wyższego wykształcenia, ukończenia licznyh kursów, staży, praktyk, a następnie odbycia obowiązkowej służby przygotowawczej, itd… to tym bardziej takie wymagania należy stawiać wobec osób, które mają zajmować kierownicze stanowiska. Oczywiście kandydatów na radnych również nie obowiązują żadne wymagania formalne, nikt nie sprawdza poziomu ich wiedzy, przygotowania merytorycznego, nie przeprowadza się z nimi rozmów kwalifikacyjnych – wystarczy, że dostaną jedynkę na liście i będą się uśmiechać z plakatów. Niestety to są obiektywne stwierdzenia, nie umniejszając walorom intelektualnym "kandydata na kandydata" – taka jest rzeczywistość. Trzeba jednocześnie szanować prawo osoby, która chce publicznie kontekstować i podważać te oczywiste fakty. Od momentu ogłoszenia tzw. nowiny nt. decyzji w sprawie "ewentualnego" ubiegania się o kandydowanie w najbliższych wyborach (dlaczego ewentualnego: wiele już było teatralnych gestów i wystąpień bez pokrycia, więc póki co trzeba to traktować w tej kategori), daje się zauważyć totalna niespójność, brak logiki i uporządkowania podejmowanych działań, zagubienie i dalsza część autorskiej autopromocji, mającej na celu usilne zaklinanie rzeczywistości. Dla osoby patrzącej z boku na te sprawy, wiele rzeczy staje się łatwiejszych do zauważenia. Mając na względzie powyższe zostały wczesniej przedstawione rzetelne analizy i predykcje, które dotychczas potwierdzają się w 100%. Z żalem trzeba stwierdzić, że degrengolada i totalna porażka jest widoczna gołym okiem już na tym etapie, a dalsze wydarzenia będą jedynie bolesną lekcją życia, przynosząc kolejne upokorzenia i ośmieszenie. Można oczywiście krytykować takie podejście, ale to i tak bez znaczenia, bo nie zmieni biegu wydarzeń. "Kandydat na kandydata" raz apeluje do PO i PiS, pisze do organizacji pozarządowych, ogłasza casting na radnych (ustawiając się w roli selekcjonera), występuje z apelem do bezpiecznej łapy, za chwilę popiera kandydata z ugropowania J. Palikota Twój Ruch, co świadzy o kompletnej niespójności i zagubieniu. Jakie są efekty tych działań m.in. pokazali zwolennicy MTJ w zabawie internetowej, a podsumował professore. Podstawowym źródłem  wszystkich niepowodzeń jest to, że nie udało się przez tak długi okres czasu nikogo zachęcić i przekonać z lokalnego środowiska, aby chciał nawiązać współpracę z DJ, czy to naprawdę nie daje do myślenia? Na koniec można zadać pytanie o kontakt z rzeczywistością, z tym prawdziwym światem, a nie wirtualnym!  Wydawało się, że może doświadczenia z zabawy w plebiscyt pobudzą do refleksji i zastanowienia…, że najpierw trzeba zgormadzić wokół siebie ludzi, lojalnych, uczciwych, zaangażowanych, wiarygodnych i kompetentnych, zainteresowanych wspólną pracą na rzecz danego projektu (utożsamiających się z jego wizją i celami), a nie odwrotnie…

    • realista miejski | 16 maja 2014 at 4:09 pm | Odpowiedz

      Trzeba się z tym zgodzić. Podstawą jednoczenia środowiska i budowy poparcia jest zaufanie i dopiero potem współpraca oparta na wolności decyzji.

      • Oczywiście realista może zgadzać się z kim zechce i w kwestii jakiej zechce. Moją wątpliwość budzi jedynie powtarzanie za ad vocem tezy, że nie ma środowiska, nie ma współpracowników i ludzi gotowych do współpracy i ciężkiej pracy w najbliższych miesiącach. Doprawdy nie wiem skąd bierze się ta pewność. Niektórych rozumiem, bo bliska jest zaklinania rzeczywistości własnie. Jeśli ktokolwiek chce wierzyć w to, że swoją decyzję podjąłem nie wiedząc kto stanie za mną, w przypływie euforii, może w to wierzyć rzecz jasna. Odpowiem najkrócej jak można – to bzdurne założenie.

      • Słowo zaufanie jako podstawa jednoczenia środowiska i budowy poparcia – na co słusznie zwrócił uwagę "realista miejski" – jest niezwykle wymowne, gdyż to właśnie zaufanie stanowi fundament współpracy, a także rzutuje na poziom zaangażowania. Jest to bardzo trafna synteza zaprezentowanych rozważań ad vocem.

  5. Dużo napisał Kolega ad vocem. Odniosłem jedynak wrażenie, że powyższe stwierdzenia są obciężone wadą. Są bezwzględne, a w omawianej historii to zła luneta do "patrzenia z boku".  "Z żalem trzeba stwierdzić, że degrengolada i totalna porażka jest widoczna gołym okiem już na tym etapie, a dalsze wydarzenia będą jedynie bolesną lekcją życia, przynosząc kolejne upokorzenia i ośmieszenie. Można oczywiście krytykować takie podejście, ale to i tak bez znaczenia, bo nie zmieni biegu wydarzeń." Ale rozkminka. Jak chłop o gwiazdach… bez urazy.

  6. Nie wiedziałem, że jest jeszcze jakaś lewica w Gliwicach. Serio, oprócz jej paranoicznej wersji PiS, radnych: półmaratończyka rodem z filmu "Wielki bieg", czy notorycznie zapominalskiego ubogiego śliskiego związkowca, któremu najbardziej wiarygodny w mieście redaktor Fedorczyk, na początku tego roku brutalnie podliczył dochody z samych diet radnego na 23 tys. zł. za rok 2011(!), nie kojarzę innych. Trudno mi uwierzyć, że lewicowym stał się na starość radny Wiśniewski, mimo iż niedawno wykonał woltę tyleż kompletną, co niezrozumiałą i może dlatego szerzej nie komentowaną, bo zaraz po niej jakby się zdematerializował. Kto jeszcze… Pająk? Cha cha cha…  To może Kleczka? Kleczka… pfffrrhhh…  Mowa chyba nie o radnych Sowie, czy Jaśnioku, bo parę lat temu dostąpili czegoś na kształt przepoczwarzenia. Nie nazwałbym tego cudem znanym naturze, nie mogę też nazwać tego tutaj potocznym językiem, tak nam wszystkim znanym i celnym, ale za kapitanem Wagnerem(*) mogę powtórzyć jedynie, że nie ma w słowniku człowieka kulturalnego słów, które mogłyby dostatecznie obelżywie określić ich postępowanie.  Ciągle szukam… To ta sama lewica dziś już emerytowanych aparatczyków PRL, obumarła intelektualnie, łososiowo-kawiorowa kurtyzana, która dba o pracołaskawców zamiast pracożebraków? Ta tania dziwka ma jeszcze jakieś poparcie nieubeków, niefanatyków, niekarierowiczów i ludzi nieporażonych alzheimerem? Ostatnio ktoś znowu mnie zadziwił (a to przyjemne uczucie), bo powiedział, że tzw. Zieloni ciągle kleją się do parlamentarnej "oldskulowej lewicy", jakby widzieli w niej nie SLD, a LSD. Jedno i drugie szkodzi.  A jeśli już obchodzić imieniny z obcymi, to lepiej z panemstanisławem, z Męki kartoflanej. Cyk!

    (*) z filmu C.K. Dezerterzy.

  7. Kandydat nie aplikuje na posadę urzędniczą w magistracie, tylko startuje w wyborach na wybieralnego demokratycznie prezydenta miasta. Zatem wykształcenie potwierdzone doktoratem i ukończone liczne kursy nie są wymagane. Jakoś Wałęsy nikt nie pytał o kwalifikacje. W tym kontekście pytanie o kontakt z rzeczywistością jest nieco zabawne. Doktoratu, ani nawet  wyższych studiów nie miał Steve Jobs. Nie ma ich także Bill Gates. Ciekawe, czy mielibyśmy dzisiaj Apple i Microsoft gdyby ci panowie ukończyli np. zarządzanie na Politechnice Śląskiej, pogłębione ukończeniem kilku kursów i uwieńczyli swoje wykształcenie habilitacjami.

    Prezydenci Knurowa i Rybnika nie mają wyższego wykształcenia i dają radę.

     

Leave a comment

Your email address will not be published.


*