Ułomna wersja demokracji – rozmowa z Ewą Bojarską

8 komentarzy

Ze względu na osobę rozmówczyni i temat rozmowy publikujemy wywiad z Ewą Bojarską, który ukazał się w "Życiu Gliwic"

25 lat samorządności

Przed 25 laty asystowała pani przy narodzinach samorządności terytorialnej w Polsce. Dziś jest to już dorosła pannica. Czy spełniła pokładane w niej nadzieje?

Tak i nie. Samorządność jest przecież zrębem demokracji. Początki samorządności terytorialnej była niesłychanie obiecujące. Wiele się po niej spodziewałam. Z czasem przybrała ona jednak karykaturalną postać.

 

Czy tak się stało w całej Polsce czy tylko w Gliwicach?

Z pewnością nie w całym kraju. Wiem, że w wielu miastach samorządność nieźle sprawdziła się w życiu. Nie dotyczy to jednak Gliwic. Nasze miasto stało się szczególnym przykładem wynaturzenia demokracji. Dziś jesteśmy na pierwszym miejscu w Polsce pod względem czasu sprawowania władzy przez urzędującego prezydenta miasta. Demokracja kreowana od ponad 20 lat przez tego samego człowieka nie może być – z natury rzeczy – zdrowa.

 

Co jest główną przyczyną choroby?

Osobowość władcy. W Gliwicach powstał dwór, w którym bezwzględnie obowiązują dworskie obyczaje. Taka ułomna wersja demokracji w ogóle mi nie odpowiada. Władca nie boi się problemów, a boi się głupoty, która jednak – w jego mniemaniu – nie obejmuje absolutnie jego ekipy.

 

Czy świadomie nawiązała pani do tytułu książkowego wywiadu-rzeki z Zygmuntem Frankiewiczem? Licząca sobie ponad 140 stron książka ukazała się – o ile pamiętam – w 2010 roku.

Tak. Dokładnie zapoznałam się z treścią obszernego wywiadu przeprowadzonego przez red. Sławomira Hermana. Odniosłam wrażenie, że Frankiewicz ma ważny cel w życiu – wielbić siebie samego. To specyficzny człowiek – nie myli się nigdy, ma zawsze rację, a jego adwersarze to tzw. „oszołomy”, populiści oraz ludzie niezbyt sprawni intelektualnie. Taki jest wydźwięk książki.

 

Obowiązująca ustawa samorządowa nie zawiera wymogu kadencyjności wójtów, burmistrzów, prezydentów miast. Mogą oni pełnić swe funkcje dożywotnio.

To bardzo poważny mankament ustawy. Jest ona w tym względzie zupełnie oderwana od życia. Nie ma przecież takiego stanowiska, które można rzetelnie piastować bez końca. Po pewnym czasie długotrwałego sprawowania władzy traci się bowiem kontakt z rzeczywistością. Najgorsi są tu usłużni dworzanie, którzy tak przedstawiają władcy otaczającą rzeczywistość, że nabiera on przekonania, iż wszystko wokół niego jest piękne i cudowne. Na domiar złego władca kontaktuje się tylko ze swoimi dworzanami, objawiając paniczny lęk przed spotkaniami ze zwykłymi obywatelami – mieszkańcami miasta.

 

Jest pani prawnikiem. Proszę więc powiedzieć, ile powinien maksymalnie wynosić – zapisany w ustawie – czas pełnienia funkcji prezydenta miasta.

Uważam, że czas ten powinien być ograniczony do dwóch kadencji. Należy w tej sprawie wzorować się na zapisach Konstytucji RP, określającej maksymalny czas sprawowania władzy przez prezydenta państwa. Jeśli pierwsza osoba w państwie może pełnić swoją funkcję tylko przez dwie kadencje, to dlaczego prezydent miasta ma podlegać innym regułom? Dostrzegam tu brak spójności logicznej przepisów prawnych.

 

Cofnijmy się do czasów sprzed 25 lat. Jakie były początki samorządności terytorialnej w naszym mieście?

Grupa 50 gliwickich radnych wyłonionych w pierwszych wyborach samorządowych w 1990 roku składała się niemal wyłącznie z osób, które nie miały profesjonalnych doświadczeń na polu samorządności. Byłam jedną z nich. W ówczesnej Radzie Miejskiej znalazło się 43 przedstawicieli Gliwicko-Zabrzańskiego Komitetu Obywatelskiego „SOLIDARNOŚĆ”, 6 reprezentantów Komitetów Osiedlowych Samorządu Mieszkańców (KOSM) oraz jeden radny Stronnictwa Demokratycznego. Radni z GZKO „S”, do których należałam, mieli sporą przewagę liczebną w tamtym samorządzie. Prowadziliśmy często długie spory i zażarte kłótnie o konkretne sprawy społeczne czy gospodarcze. Sesje RM trwały niekiedy do godz. 2 w nocy. Czasami dochodziło do zabawnych sytuacji. Jedna z podjętych przez nas uchwał wywołała nawet nieoczekiwany rezultat. W sali sesyjnej pojawiła się podczas naszych obrad Ślązaczka w pięknym stroju regionalnym.

 

Przypuszczam, że byliście zaskoczeni…

Rzeczywiście. Ślązaczka poprosiła o udzielenie jej głosu w ważnej dla niej sprawie życiowej. Wacław Mauberg, przewodniczący Rady Miejskiej, przystał od razu na jej prośbę. Kobieta podeszła do mikrofonu i zapytała: słuchajcie, rajcy, powiedzcie mi, czemu wy nie lubicie królików?

 

To dość zaskakujące pytanie.

Faktycznie, wprawiła nas w osłupienie. Okazało się, że jest mocno niezadowolona. Wyjaśniła, że bardzo jej się nie podoba uchwała, którą nieco wcześniej przyjęliśmy. Określiliśmy w niej wysokość stawek opłat za budynki gospodarcze. Dowiedzieliśmy się, że w takim właśnie budynku prowadziła hodowlę królików. Ślązaczka poskarżyła się, że musi za to płacić zbyt dużo.

 

I co? Czy jej interwencja przyniosła oczekiwany skutek?

Tak. Doszliśmy do wniosku, że popełniliśmy błąd przy podejmowaniu uchwały. Obiecaliśmy Ślązaczce, że zmienimy swoją wcześniejszą decyzję. Kobieta nie ukrywała zadowolenia. Podziękowała i oświadczyła, że wreszcie „poczuła się u siebie”. Zapamiętałam jej słowa na długie lata. Była to dla mnie wspaniała lekcja lokalnej demokracji. A sprawa opłat za hodowlę królików została szybko załatwiona. Obniżyliśmy wysokość obowiązujących opłat.

 

Jak pani dziś ocenia tamtą decyzję?

Bezpośredni kontakt obywatela z władzą doprowadził do szybkiego naprawienia błędu władzy. Dziś taka sytuacja w Gliwicach byłaby niewyobrażalna. Aktualne władze miejskie narzuciły zupełnie inne reguły postępowania. Obywatel składający władzom petycję protestacyjną przeciwko planowanemu wycięciu drzew musi liczyć się z bardzo długim okresem jej rozpatrywania i kompletnym brakiem zainteresowania ze strony większości radnych, a każdy kto chce spotkać się z prezydentem musi z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem wpisać się na specjalną listę audiencyjną, jak na dworze cesarskim w dawnych wiekach. Szczytna idea samorządności lokalnej została kompletnie wypaczona. Asystenci i sekretarki strzegą pilnie dostępu do obecnych władców. Niepokorny petent nie zdoła sforsować tej bariery.

 

Czy pierwsze oznaki tego niepokojącego zjawiska nazywanego zazwyczaj arogancją władzy były już widoczne w naszym mieście pod koniec pierwszej kadencji samorządu?

Obecny styl sprawowania rządów w Gliwicach rodził się właśnie w latach 1993-1994. Już wtedy mogliśmy obserwować początki konstruowania dworu otaczającego Frankiewicza, który – jak pokazało życie – jest niedoścignionym mistrzem w manipulowaniu ludźmi. Dworzanie tańczą dokładnie w myśl jego upodobań.

 

Zanim w 1993 roku objął władzę w mieście, byli inni prezydenci Gliwic – Zbigniew Pańczyk (1989-1990), Andrzej Gałażewski (1990-1991) i Piotr Sarre (1991-1993). Liczba prezydentów w okresie jednej kadencji samorządowej była więc imponująca.

Gliwice są w ogóle miastem rekordów. Nie wiem tylko, czy należy cieszyć się z tego powodu. Częste zmiany na stanowisku prezydenta miasta w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych brały się z wewnętrznych animozji w Gliwicko-Zabrzańskim Komitecie Obywatelskim „SOLIDARNOŚĆ”.

 

Jak po latach ocenia pani każdego z poprzedników Frankiewicza?

Zbigniew Pańczyk był porządnym, uczciwym i powszechnie szanowanym człowiekiem. Zawsze żywiłam ogromny szacunek do niego. Andrzej Gałażewski był – jeśli mogę tak powiedzieć – „facetem z jajami”. Nie bał się podejmowania trudnych decyzji. Nie czuję się natomiast uprawniona do wystawiania oceny Piotrowi Sarre, bo byłam przecież w jego ekipie, pełniąc odpowiedzialną funkcję pierwszego zastępcy prezydenta miasta. Moja ocena nie byłaby bezstronna.

 

Od tamtych czasów minęło już ponad 20 lat. Proszę wyjawić, czym się pani zajmowała, pracując w magistracie.

Zakres moich ówczesnych obowiązków służbowych był dość obszerny. Podlegały mi sprawy kultury, oświaty, sportu, służby zdrowia i pomocy społecznej.

 

W jakich okolicznościach doszło do odwołania Piotra Sarre i powołania na jego miejsce Zygmunta Frankiewicza?

To była bardzo przykra sprawa. W czerwcu 1993 roku Sarre poważnie chorował. Miał ciężką grypę i zapalenie mięśnia sercowego. Pomimo dolegliwości zdrowotnych przyszedł o własnych siłach na sesję RM, wiedząc, że radni zamierzają pozbawić go funkcji prezydenta miasta. Po utracie stanowiska wylądował w Wojewódzkim Ośrodku Kardiologii w Zabrzu. Leżał pod kroplówką w tym szpitalu. Nikt z nowej ekipy prezydenckiej nie zainteresował się jego losem. Frankiewicz nie wpadł na pomysł, żeby odwiedzić Piotra w szpitalu z trzema choćby lichymi goździkami, kupionymi z pieniędzy podatników. Nie zdobył się na taki zwyczajny ludzki gest. Prawdziwą klasę człowieka poznaje się podobno w sytuacjach kryzysowych i awaryjnych. Frankiewicz pokazał wtedy, kim jest.

 

Czy to było tak, że swoją prezydenturę zawdzięczał grupie radnych, wśród których znaleźli się m.in. dotychczasowi stronnicy Piotra Sarre?

Nie da się ukryć. Bardzo mnie zbulwersowały działania jednego z radnych, który w zamian za poparcie prezydenckiej kandydatury Frankiewicza w głosowaniu otrzymał potem w nagrodę spółkę ocieplającą miasto. Nie chcę podać jego nazwiska, bo nie jestem pozbawiona instynktu samozachowawczego. Radny zasłużył się mocno nie tylko w ocieplaniu miasta, ale i samej spółki. Potem objął kierownicze stanowisko w MZBM, zawierając umowę z cieplną spółką i dbając o to, żeby transfer pieniędzy z MZBM do spółki przebiegał bez zakłóceń. Na ostatniej sesji w kadencji 1990-1994 poruszyłam publicznie tę sprawę. Uznałam, że takie machinacje powinny być bezwzględnie ujawniane. Ówczesny przewodniczący RM, Tadeusz Grabowiecki, bardzo mnie skrytykował, zarzucając, że swoimi wypowiedziami hańbię Komitet Obywatelski „SOLIDARNOŚĆ” oraz Radę Miejską. Nikt natomiast nie postawił mi zarzutu, że ja kłamię. Pozostali radni wiedzieli bowiem już wcześniej o osobliwych poczynaniach kontrowersyjnego „ciepłownika”. Zło polegało więc tylko na tym, że ja publicznie opowiedziałam o całej sprawie.

 

Jaki los spotkał panią po odejściu w 1993 roku z Zarządu Miasta?

Niezwłocznie wróciłam do wykonywania zawodu prawnika. Nie chciałam pracować z Frankiewiczem w jego ekipie , choć otrzymałam od niego taką propozycję. Absolutnie mi nie odpowiadała rola wiceprezydenta miasta u boku Frankiewicza. Z tym człowiekiem różni mnie wszystko.

 

Czy tradycyjny podział polityczny na lewicę i prawicę odgrywał jakiekolwiek znaczenie w działalności tamtej (historycznej) Rady Miejskiej?

Trudno powiedzieć. Nie jestem związana ani z lewicą, ani z prawicą. Uważam siebie za „człowieka środka”. Pamiętam, że w swojej działalności radnych staraliśmy się kierować przede wszystkim regułami zdrowego rozsądku. Słowo „lewica” kojarzyło się wielu radnym ze skompromitowaną wówczas Polską Zjednoczoną Partią Robotniczą. Dla mnie nie uległo nigdy wątpliwości, że nawet w szeregach PZPR byli ludzie przyzwoici, a w komitetach obywatelskich „SOLIDARNOŚĆ” nie brakowało, niestety, kombinatorów i osób nieuczciwych, jak w każdym zresztą zbiorowisku ludzkim. To nieprawda, że w PZPR były same kanalie. Ja też należałam niegdyś do PZPR, ale rozstałam się z nią bez żalu.

 

Jak do tego doszło?

Na początku lat osiemdziesiątych zeszłego wieku byłam prokuratorem w Opolu. Po wprowadzeniu w grudniu 1981 roku stanu wojennego w naszym kraju podjęliśmy w tamtejszej prokuraturze zbiorową uchwałę, że jest on bezprawny i oddaliśmy nasze legitymacje partyjne. Byłam jednym z przywódców tego buntu prokuratorów. O naszej akcji informowała wówczas rozgłośnia polska Radia Wolna Europa. Gratulowano nam odwagi cywilnej. Naturalną konsekwencją takiego zdarzenia stało się natychmiastowe wyrzucenie mnie z pracy.

 

Przejdźmy do XXI wieku. W dwunastym roku istnienia samorządności terytorialnej nastąpiła istotna zmiana warunków jej funkcjonowania. W zasadniczy sposób zmieniono tryb wyłaniania wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, wprowadzając wybory bezpośrednie. Od 2002 roku włodarze gmin nie są już wybierani przez radnych, lecz przez mieszkańców. Czy to dobrze?

Raczej nie. W polskich warunkach nie jest to dobre rozwiązanie. W dodatku zapomniano o ustanowieniu kadencyjności samorządowców, co poważnie pogorszyło sytuację w tym względzie. Skutki tego zaniedbania legislacyjnego odczuwamy do dziś. W Gliwicach powstało – dla przykładu – cesarstwo, nad którym nie ma żadnego nadzoru społecznego. Co cztery lata ludzie obozu władzy wybierają Frankiewicza, a większość gliwiczan nie bierze w ogóle udziału w tym spektaklu.

 

W zeszłorocznych wyborach samorządowych głosowało na Frankiewicza zaledwie 20,45% ogółu uprawnionych gliwiczan. Ponad 90 tysięcy mieszkańców miasta nie poszło w listopadzie do urn wyborczych.

Oceniam, że elektorat Frankiewicza tworzą przede wszystkim pracownicy UM, licznych szkół, a także spółek i instytucji miejskich wraz z rodzinami. W grupie tych spółek podporządkowanych bez reszty Frankiewiczowi znajduje się instytucja, która działa – moim zdaniem – na szkodę miasta. Jest to Zarząd Dróg Miejskich, który ponosi pełną odpowiedzialność za wycinkę tysięcy gliwickich drzew oraz brak wystarczających inicjatyw w zakresie usprawnienia ruchu drogowego i zapewnienia bezpiecznych oraz nowoczesnych rozwiązań komunikacyjnych. Pracownicy ZDM stoją murem za Frankiewiczem, bo on zapewnia im rację bytu w Gliwicach. Posłusznie głosują na niego, bo gdyby go zabrakło, mogliby stracić pozycje. W ten sposób tworzy się w mieście sieć nieformalnych powiązań charakterystycznych dla systemów autorytarnych.

 

Jaka przyszłość czeka Gliwice?

Z pięknego i zielonego miasta kulturalnych ludzi zrobiła się betonowo-asfaltowa pustynia, w której na próżno wypatrywać atrakcyjnych rozrywek kulturalnych. W okresie rządów Frankiewicza wyrżnięto – jak się szacuje – ok. 40 tysięcy drzew w całym mieście. Pieniądze gliwickich podatników są przeznaczane na realizację nonsensownych inwestycji, a w tym samym czasie gliwicki szpital coraz bardziej marnieje, strasząc pacjentów fatalnym stanem technicznym. Jeżeli nie nastąpi zmiana lokalnej władzy, to miasto ulegnie całkowitej degradacji. Dalsze rządy człowieka charakteryzującego się mentalnością ksobną będą oznaczać upadek Gliwic.

rozmawiał: Zbigniew Lubowski

Ewa BOJARSKA, radca prawny, dawny prokurator, była radna RM (1990-1994), pełniąca w latach 1991-1993 funkcję wiceprezydenta miasta

8 Comments on "Ułomna wersja demokracji – rozmowa z Ewą Bojarską"

  1. marianandrzejczak | 24 maja 2015 at 9:50 am | Odpowiedz

    Gliwice to było piękne i zadbane Miasto. Teraz to miasto brudne . Dlaczego Gliwiczanie nie obalili Prezydenta Frankiewicza skoro jest złym Prezydentem? Prezydent jest dobry w tym co robi a społeczność?

     

    Szkoda słów …Jak ja gardzę tchórzami

    • Gliwiczanie nie obalaili Frankiewicza z 5 powodów. 1. zastraszyl ich w referendum, mowiac, ze nikt przyzwoity nie powinien brac w tym udzialu (za co w normalnym kraju trafilby do wiezienia), 2. to jest psychika tlumu – tlum boi sie zmian, nawet na lepsze, dlatego potrzebna jest kadencyjnosc, 3. mieszkancy sa permanentnie oszukiwani propaganda MSI i innych usluznych, nieobiektywnych i tchorzliwych mediow, 4. wybory i referenda organizuje Frankiewicz(!), a przeciez okazalo sie, ze glownie na Slasku wyniki byly falszowane, 5. w Gliwicach jest juz bardzo malo gliwiczan. Z tego miasta ucieklo ok. 20-40% ludzi,  w to miejsce przybyla ludnosc naplywowa, ktorej jest wszystko jedno. I tu znowu wyraznie potrzebna jest kadencyjnosc.

  2. W Gliwicach, to nie jest żadna ułomna forma demokracji, ale w ogole nie ma demokracji. Dlatego wlasnie wprowadzono kadencyjnosc, zeby kandydaci mieli rowne szanse. Taki ktos jak Frankiewicz, ktory rzadzi juz 22 lata (!), nawet nie musi kampanii robic, bo wszyscy go znaja. W takich wyborach jest absolutny brak rownosci szans na starcie. To jest zaprzeczenie demokracji. I w efekcie mamy kompletna samowole, bezczelnosc wladzy, ktora smieje sie w nos mieszkancom (i to doslownie), arogancje i zniszczone miasto. Taki stan prawny bedzie trwal tak dlugo, poki sie wladza w Polsce nie zmieni. Dopiero wtedy poznikaja te wszystkie kacyki.

  3. marianandrzejczak | 24 maja 2015 at 6:21 pm | Odpowiedz

    W 1990 była nadzieja że nie zbudujemy Sitwy. Pociesza mnie fakt że ginęły imperia i waliły się w gruzy. To też zginie .

     

    https://www.youtube.com/watch?v=v-l7J2uJ6FE

  4. Po wygranej Dudy i odsunięciu od władzy Komorowskiego, pzryszedł czas na Frankiewicza, który podpisał Komorowskiemu lojalkę. Czas jeszcze raz podjąć referendum.

  5. Tak sie dziwnie sklada, ze kogo poprze Frankiewicz ten przegrywa. Ostatnio poparl Marka Goliszewskiego w wyborach do senatu i ten dostal ostatnie miejsce. Teraz czas na samego Frankiewicza.

  6. marianandrzejczak | 25 maja 2015 at 9:13 am | Odpowiedz

    Zadne referendum. Totalna głupota. Nadszedł czas na zmianę systemu. System to oni. Zawłaszczyli prawo,"zawłaszczyli" jego funkcjonariuszy LEWNIKÓW. Przejęli  miejskie dobra.. Pracują nad pełnią kontroli nad finansami Miasta. To demokratycznie uzasadnione bo ten TEN system demokratyczny promuje takie OSOBLIWOŚCI bo został dla nich stworzony. To draństwo stać na wszystko. Nieważne że mieszkań mało. Nieważne że bieda się poszerza. Oni tym faktom nie dają wiary. To politycy a POlityk to nie człowiek. To inna rasa i jako taka winna być traktowana. Oni dadzą wiarę Bieńkowskiej bo przecież 6000 dochodu ma tylko idiota. I to ONA ma rację bo w mieście tłuści od kasy OSOBNICY mieli 470000zł rocznie i…nie powiem bo lewnicy jeszcze mają lewo.Lwy podobnie a reszta ?

    To Nadludzie to RAsa panów ale w USA niewolnicy się wyzwolili. Żadne referendum . Obalenie SYSTEMU Ssalni i zniszczenie Ssaczy raz na zwsze.

    A Prezydent Frankiewicz Wyborco kompletnie nie ma rozeznania politycznego. Zawsze popierał tych co zawsze przegrywali. Tylko jego przypadek jest inny. Od dwóch dekad ma władzę. Czy to jego wina? Nie on jest przykładem sukcesu i skuteczności. Jest swoistym geniuszem w tej kwestiii. W mojej analizie tejże osobliwości były momenty podziwu dla niego. Jednak to co zrobił z Podium czyli  kompletnej ignorancji dla Obywateli  to THE END.

    Ten człowiek wmówił mi że 6,92% to większość a tego za dużo.Wam mógł wmówić.

    Precz ze Ssaczami.Precz z Komuną posolidaruchów. Precz ze Ssaczoklikami

    W następnych wyborach należy obalić system. Jak to się stanie to patogen sam się zniszczy. W Gliwicach nie ma jedności. Nie ma żadnego społeczeństwa obywatelskiego. Jest lub był tylko piejący o nim Niedorzecznik Prasowy. Gliwice to miasto przeklęte pełne nieprawości. Dlaczego zatem system trwa?

  7. Szanowna Pani Mecenas. Mam wątpliwości, czy Herkules podołałby tej Stajni Augiasza. Jednocześnie ciągle mam nadzieję, że przyjdzie wreszcie ten czas.

Leave a comment

Your email address will not be published.


*