W poszukiwaniu Ducha. Spacer sentymentalny

Właśnie przed chwilą, w czasie dyskusji (e-mailowej niestety, znak czasu) pewna bliska mi osoba zapytała: co to miasto ma w sobie??? Też się o to pytałem. Próbowałem szukać odpowiedzi. Może częściowo jej udzieliłem w tym artykule w miesięczniku "Śląsk"?. W każdym razie, dedykuję mojej dociekliwej Koleżance…

Spaceruję po ulicach Gliwic. Ostatnio zdecydowanie częściej. Zaszczyt napisania o własnym mieście w kontekście, na który jakoś zawsze mało miejsca i czasu, z całą pewnością stał się wystarczającym do tego powodem. Spaceruję zatem po ulicach miasta. Wczesnym rankiem i późnym wieczorem. Szukam Ducha… Nieuchwytnego, a tak wyczuwalnego tu nad Kłodnicą. My, którzy ocieramy się o Niego i Nim oddychamy od wielu lat, czasem nie uświadamiamy sobie, że On tu jest. Genius Loci – opiekun i powietrze, którym w Gliwicach zachwycają się wszyscy…

foto: michalwronski45.blogspot.com

Fauny. Bo to są fauny, te urokliwe „diabełki” pod Urzędem Miejskim, dawniej hotelem Haus Oberschlesien. Przystanąłem. Magia. Wspomnienia. Migawki filmu z wczesnego dzieciństwa, który w przyśpieszonym tempie przewija się pod powiekami. Czyją dłoń ściskam? Mamy? Może Taty? Wzruszenie. Tak prawdziwie byłem tu już bardzo dawno temu. Potem, wiele lat po prostu przechodziłem obok. Wróciłem dopiero dziś. A On tu jest. Duch miasta. W tym właśnie miejscu, które gliwiczanie wymieniają jednym tchem, odpowiadając na pytanie o to, co im się z ich miastem kojarzy. Niezwykłość tej przepięknej trójcy podkreślają jeszcze legendy, które wokół niej narosły. A musiały, no bo skąd fauny na głównej ulicy miasta? Chwyciły się za ręce i tańczą. Krąg. Taniec. Symbole. Legendy zawsze odpowiadają na ludzkie pytania. Musiały nasze fauny bardzo frapować mieszkańców, skoro mimo stosunkowo krótkiej historii (zostały odlane w Hucie Gliwice w 1928 roku, według projektu Hansa Dammanna) zdążyły powstać aż dwie! Jedni upierają się, że to wizerunki trzech budowniczych, którzy zbankrutowali stawiając na kurzawce Haus Oberschlesien. Inni twierdzą, że to nieco złośliwe portrety skonfliktowanych włodarzy Gliwic, Zabrza i Bytomia, którzy nie potrafili się porozumieć w kwestii połączenia tych miast w jedno wielkie „Tripolis”. Jeśli jednak, w myśl starej prawdy, historia ma być nauczycielką życia, wydaje się, że nasze poczciwe „diabołki” stanowią dziś niezwykle aktualne memento dla… zwolenników idei Górnośląskiego Związku Metropolitalnego. Cóż, oby teraz było łatwiej dojść do porozumienia! Ale nie pora na dygresje. Patrzę w twarze faunów. Wyraziste, tylko wzrok spuszczony w dół, na kadź z wodą. Czego w niej wypatrują? Czyżby odprawiały jakieś misterium? A może, niczym starożytne wieszczki, spoglądają w przyszłość Gliwic?

Tymczasem jednak teraźniejszość, która w tym mieście splata się z historią w sposób niezwykle spójny. A ta historia z kolei stanowi osnowę, w którą nieodmiennie wplatają się wątki poszczególnych ludzkich losów. Są w Gliwicach miejsca, które stają się ważnym punktem na mapie pamięci każdego gliwiczanina. Miejsca i to, co się w nich znajduje. Wędrując po ścieżkach naszych pamięci, wszyscy w jakimś miejscu napotykamy Lwa. Gliwickiego Lwa! Jako brzdąc siadywałem na grzbietach lwów w przepięknym Parku Chopina. Nie tylko ja – czasem przychodziło czekać, aż zwolni się miejsce. Kolejka podobnych do mnie małych marzycieli czasem była spora. Lata 70 ubiegłego wieku, to były czasy bez komputerowych gier i pełnych spektakularnych efektów filmowych produkcji. Fantastyczna przejażdżka na grzbiecie „prawdziwego” lwa, zawsze była głównym punktem każdego niedzielnego spaceru. Wracają bliscy, którzy już odeszli. Ilekroć staję przed którymkolwiek z naszych lwów, przychodzi magia. Spotykamy się znowu na spacerze. Czuję wtedy, jak bardzo moje jest to miasto. Nie, poprawiam się, jak bardzo jest nasze! Jest w Gliwicach jeszcze jeden lew – ten najważniejszy – Lew Czuwający, posadowiony na ulicy Dolnych Wałów obok Muzeum, mieszczącego się w urokliwej Willi Caro. Lwu urządzono ostatnio wygodne miejsce i odnowiono nawierzchnię ulicy. Dobrze się tam czuje ten nasz dobry Duch – Strażnik. Wierzymy, że będzie czuwał nad miastem tak samo skutecznie jak dotąd.

foto: www.gliwice.eu

Podążając „lwim szlakiem”, przeskoczyliśmy w tej naszej wędrówce z Parku Chopina, w którym obecnie Lwy stoją sobie przed budynkiem Palmiarni aż pod Willę Caro. Ale przecież możemy, wszak to podróż magiczna. Zawróćmy więc znowu, aby przespacerować się choć kawałek wzdłuż Kłodnicy, rzeki, która dla gliwiczan jest tym samym, czym Odra dla wrocławian. Jeśli ktoś chciałby tę naszą dumę zbagatelizować niech pamięta o tym, jak ostatnio zagniewana poczciwa Kłodka przypomniała sobie czasy dawniejsze i niczym jej większe siostry wylała, podtapiając całkiem spore tereny. Przypominają się poświęcone Kłodce, jak nazywała ją Wodna Milka, fragmenty najbardziej gliwickiej powieści Horsta Bienka „Pierwsza polka”. Czytając je nie chciało się jakoś wierzyć w przypominane w powieści powodzie. A jednak… Nieprzypadkowo przypomniałem tu książkę Bienka. Ona też pozwala zrozumieć, jak bardzo z Gliwicami związana jest ta rzeka, jak w sposób trwały i niezmywalny zapisuje się w pamięci tych, którzy są lub byli kiedykolwiek z tym miastem związani. Kłodnica dumnie przecina ul. Zwycięstwa w samym centrum miasta. Wydaje się w tym miejscu bardzo „ułożona” i posłuszna. Gliwiczanie wiedzą jednak, że wystarczy przespacerować się kawałek wzdłuż któregoś jej brzegu, aby zobaczyć Gliwice mniej znane, bardziej tajemnicze. Kto ma odpowiednio dużo wyobraźni i zna opisy miasta sprzed kilkudziesięciu lub więcej lat, bardzo łatwo może sobie wyobrazić tamte Gliwice. Duch miasta przemawia tu do nas czasem, przy muzyce szemrzącej Kłodnicy.

Namawiam do takiego spaceru każdego, kogo los przywiedzie do Gliwic, namawiam także tych mieszkańców, którzy jakoś dotąd nie mieli do takich wędrówek okazji. Ja przemierzyłem oba brzegi. Jeszcze wtedy, kiedy zapach naszej poczciwej Kłodki zbytnio do spacerów nie zachęcał. Ale te wyprawy z tatą i rodzeństwem pozostaną w mej pamięci na zawsze. Teraz wybrałem się ponownie, aż do Parku Chrobrego, jakby staranniej przypatrując się brzegom, próbując sobie wyobrazić, co powiedziałaby rzeka, gdyby mówić umiała. Nie podzielę się z Wami tym, co usłyszałem. Taką rozmowę każdy musi odbyć sam, dla każdego potoczy się ona inaczej. Ja dotąd nie wiem, z kim rozmawiałem – z rzeką, z historią, czy może z samym sobą. Patrząc jednak na wciąż jeszcze brudną (choć wierzymy, że już niedługo) rzekę pomyślałem sobie, jak bardzo to miasto i Kłodnica są ze sobą związane. Ono trwa niezmiennie i ona niezmiennie płynie. Zmieniają się ludzie na obu brzegach, odchodzą starsze i przychodzą nowe pokolenia – tworzy się historia. A przez nią przepływa w przyszłość mały, ale nie do zatrzymania strumień tradycji.

Czy to jest spacer, czy raczej takie zwyczajne łażenie bez celu i bez pośpiechu? Czy to ważne? Wszak, jeśli to drugie, to bardzo dobrze – lubimy tak przecież wszyscy. Tak właśnie najlepiej poznaje się charakter każdego miejsca. Bez pośpiechu, chodząc, patrząc i chłonąc to wszystko, czego czasem nie da się ująć w słowa. Wysyłam dziś moich Czytelników w poszukiwaniu gliwickiej magii w bardzo różne miejsca. Nie mogę więc pominąć tego chyba najbardziej magicznego. Schodząc z ul. Zwycięstwa po schodkach w dół znajdziemy się w Alei Przyjaźni. Jeszcze kilkadziesiąt metrów i jest! Miejsce, w którym jeśli nie będziesz Drogi Czytelniku, nie możesz powiedzieć, że poznałeś charakter Gliwic – Ruiny Teatru „Victoria”.

foto: www.gliwice.eu

Teatro mundi, teatr świata… Jakże często teatralne skojarzenia służyły człowiekowi do przedstawienia wielu aspektów ludzkiego bytu, które trudno byłoby ująć inaczej. Zgodnie ze wspomnianą maksymą żyjemy w świecie, w którym niewiele zależy od nas, w którym gramy tylko swoje role, a w zasadzie nawet nie tak, bo to zakłada pewną kreatywność, w którym jesteśmy tylko marionetkami w ręku Boga, Fatum, Historii… A nasze Ruiny (pisownia z wielkiej litery jest tu konieczna!) są jakby zaprzeczeniem tej tezy. Są trwającym, mimo usiłowań Historii, pomnikiem ludzkiej możności, trwania tradycji, niezniszczalności Ducha. I nie ma w tym ani odrobiny przesady. Przed wojną, jak to się u nas mawia „za Niemca”, mieścił się tu jeden z najfunkcjonalniejszych i najbardziej efektownych teatrów w tej części Niemiec. Był doskonale położony i odwiedzali go nie tylko gliwiczanie. To miejsce tętniło życiem i było jakby miernikiem powodzenia miasta. Nic dziwnego zatem, że Teatr z wolna zaczynał podupadać wtedy, gdy kończyła się niechlubna historia III Rzeszy i kiedy stało się jasne, że wichry historii wymiotą z tego miasta większość jego dawnych mieszkańców. Piękny budynek najgorsze jednak dopiero czekało. Zwycięska Armia Czerwona raczej nie była wzorem poszanowania dla takich miejsc, jak gliwicki teatr. Pięknie urządzone wnętrza strawił pożar wzniecony przez żołnierzy sowieckich. W rzeczywistości, która nadchodziła, raczej nie było dla niego miejsca. Owszem, znajdował okresowo takie czy inne zastosowanie, wykonano nawet niezbędne prace remontowe, które pozwoliły gmachowi doczekać lepszych czasów, ale na swoje odrodzenie musiał czekać do czasu wielkich zmian, a przede wszystkim do przyjścia innych ludzi. Ewa Strzelczyk, która pierwsza w zdecydowany sposób potrafiła głośno wyartykułować to, o czym wielu wcześniej myślało, nieprzypadkowo ma tablicę ku swojej pamięci na murze Teatru. Po jej tragicznej śmierci nie umarła bowiem idea, którą powołała do życia. Po niezbędnych dodatkowych pracach i wykonaniu nowej instalacji elektrycznej, zabezpieczeń przeciwpożarowych itp., stało się możliwe to, o czym wydawało się nie można już nawet marzyć – do ruin „Victorii” wróciła sztuka, wrócił teatr! I to jak wrócił! Ktokolwiek miał okazję zagrać w tym magicznym miejscu nie zastanawia się ani chwili mówiąc, że drugiego takiego miejsca w Polsce nie ma. Tak twierdzili najwięksi artyści naszych scen i estrady. Mieli rację – wnętrze tych jedynych w swoim rodzaju ruin samo w sobie jest już sztuką. Jakże pięknie koresponduje teraz dawna nazwa teatru z dziejami tego miejsca i Gliwic. „Victoria”. I to jaka! Nad Historią, której młyny nie zmieliły Ducha tego miasta, nad ludźmi, których zła wola nie potrafiła wyrugować znad Kłodnicy tego wszystkiego, co stanowi wartość nie tylko narodową, nie niemiecką czy polską, ale ludzką. Wspaniale zamknie się w tym miejscu koło historii. Triumf ludzkiego ducha i zwycięstwo chęci tworzenia nad czystym złem, dzięki którym w tym magicznym miejscu dziesiątki tysięcy dzisiejszych i przyszłych gliwiczan będą doświadczać Piękna i współtworzyć najwspanialszy przekaz dla przyszłych pokoleń – kulturę.

Spędziliśmy ze sobą ładnych parę chwil. Może kwadrans? Trochę więcej czasu potrzeba do odbycia rzeczywistej wędrówki, do której Was zachęcam, Drodzy Czytelnicy. Poznajcie moje miasto. Może trochę inne niż to z przewodników, choć przecież po tych samych miejscach przychodzi Wam wędrować. I jeśli przewodniki opiszą Wam wszystko to, co wiedzieć oczywiście trzeba, a co dotyczy faktów, dat i nazwisk twórców, ja starałem się wskazać to, co dla mieszkańców Gliwic jest drogie dlatego, że znaczy dla nich coś więcej niż tylko miejsce. Co takiego łączy gliwickie fauny z gliwickim lwem? Co wspólnego ma Kłodnica z Ruinami Teatru? Nasze dzieciństwa, nasze pierwsze wędrówki. Nasze przyjaźnie i miłości. Nasze wspomnienia, czasem radosne, czasem wręcz przeciwnie. Wszystko to składa się na nasze historie w Naszym Mieście. Ważne są dla nas te mentalne ślady. Chyba nie mylę się, skoro tak wspaniale wracają do nas i faun i lew. Statuetka Gliwickiego Lwa od pewnego czasu przypada corocznie gliwiczaninowi, który dla miasta przysłużył się w sposób szczególny. Statuetka Gliwickiego Fauna przyznana, póki co po raz pierwszy, powędrowała do zwycięzców Festiwalu Teatrów Nieinstytucjonalnych X-OFF w randze Nagrody Prezydenta Miasta. Ruiny Teatru stają się miejscem rozpoznawalnym w całej Polsce, a nawet poza jej granicami. A Kłodnica? Ta sobie płynie, jak płynęła! I będzie tak płynąć zawsze. Spytacie o Ducha Miasta? Czy to jako gliwicki Lew, lub któryś z Faunów, czy w chwili samotnej zadumy nad brzegiem Kłodnicy, albo podczas artystycznych uniesień w Ruinach Teatru – jest zawsze ten sam. Dobrotliwie puszcza do nas oko!

Do zobaczenia w moim mieście!

Dariusz Jezierski

Tekst ukazał się w miesięczniku "Śląsk" w marcu 2012 roku

4 Comments on "W poszukiwaniu Ducha. Spacer sentymentalny"

  1. czytająca uważnie | 17 kwietnia 2014 at 1:03 pm | Odpowiedz

    Dziękuję Panie Darku za tak fajny spacer po Naszych kochanych Gliwicach. Mieszkam całkiem blisko osobliwych "diabełków", dumnych lwów. I ma Pan rację, zawsze spacery były do paku Chopina, siadało się na lwie, chodziliśmy do palmiarni (jestem rocznik 1964). Moje przedszkole mieściło się w parku Chopina za szpitalem (teraz szpitala nie ma) oczno-usznym, w starej willi, obecnie jest to siedziba prywatna. Pamiętam jak za moim domem na obecnym Placu Piłsudskiego (kiedyś Plac Boh. Stalingradu) był potężny basen z fontannami (coś fajnego!!).Jak jeździł "bimbaj" po ulicach Naszego Miasta. Jak ul. Zwycięstwa tętniła życiem. Ileż było kawiarń, restauracji, sklepów. Pamiętam jak lubiłam chodzić z moją babcią do sklepu "SOPLICA ". Matko jak tam kawa pachniała dopiero co zmielona. Czy ktoś pamięta jak wyglądały półeczki w tym sklepie? Całe z drewna jak w aptece. Należy też wspomnieć jak ładna była obsługa tego sklepu. Z okien mojego mieszkania  widzę Kłodnicę i park Chopina. Często chodzimy i spacerujemy po Gliwickich zaułkach, uliczkach… wspomnień czar… tyle drzewostanu zniszczono.Tyle przepięknych willi wyburzono, kamienic… Czas odchodzić…? Strach myśleć… Pozdrawiam Wszystkich miłośników Naszego Miasta.

  2. Niestety, nic ująć to prawda. Przyjechałerm na tę ziemię w 1978 roku lecz  pamiętam inne czasy, innych  ludzi inne wartości. Raczej nie powrócą. Mieszkam w Łabędach i tu z kolei "widzę" pełne autobusy ludzi zdążających do pracy w Bumarze, Hucie, Walcowni Metali czy na Szyb Łabędy, zniszczone przez decyzję lokalnego Huna teraz wręcz narodowego bohatera. Pamiętam kwitnący Dom Kultury, statki na kanale.Tu także zniszczono wiele choć i wiele odtworzono. Najbardziej szkoda  Domu Kultury. W starciu z lokalną propagandą Łabędzia nie ma szans.. Tak jakby na łamach miesięcznika Rady Osiedlowej z uporem chorego maniactwa chciano wmówić, że jedynym wyściem była budowa CKiS. Nieprawda. Drzewostan  pozostał. Jest to zasługą tutejszych społeczników i RO. Łabędy raczej się rozwijają i sp[ecyficzna stagnacja chyba odchodzi w niebyt.. Trudno akceptować gonitwę tylko dla pieniądza a taka jest niestety prawda..   Czas odchodzić? Chyba tak, bo nie ma możliwości by akceptować inne wartości niż te wyssane z mlekiem matki..  

  3. Idylliczny obraz miasta, tyleż piękny, co nierzeczywisty. Coś z cyklu "ku pokrzepieniu" dla marzycieli, albo reklamówka do turystycznego folderu. 

    • Po prostu tekst do cyklicznej rubryki miesięcznika Śląsk, która poświęcona jest własnie takiemu ujęciu różnych miast Śląska – z pogranicza rzeczywistości i marzeń 😉 Tekst odwołuje się do wrażeń z dzieciństwa i wspomnień, które siłą rzeczy każdy z nas ma podobnie lokowane. Do turystycznego folderu ze względów oczywistych się nie nadaje

Leave a comment

Your email address will not be published.


*