W ŚLĄSKIEJ CZASOPRZESTRZENI

Szczepan Twardoch ma szczęście do reżyserów teatralnych.
Kilka lat temu na deskach Teatru Śląskiego, a właściwie w postindustrialnej przestrzeni Szybu Wilson Ewelina Marciniak brawurowo przedstawiła "Morfinę". Reżyserka znana m.in. z inscenizacji "Śmierci i dziewczyny" w Teatrze Polskim we Wrocławiu oraz kontrowersji, jakie spektakl ten wywołał w pewnych kręgach zdołała na katowickiej scenie wyraziście i z rozmachem ukazać tożsamościowe rozterki Konstantego Willemanna uwikłanego nie tylko w historyczne, ale i osobiste burze.

Od października bieżącego roku w repertuarze Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach króluje "DRACH".
Spektakl można też było zobaczyć w Teatrze Ziemi Rybnickiej, który jest jego koproducentem.
Robert Talarczyk biorąc na reżyserski warsztat powieść Szczepana Twardocha podjął się niełatwego zadania.
Kiedy kilka lat temu przeczytałam "Dracha", pomyślałam, że to bardzo "filmowa" powieść, że trzeba tylko kogoś, kto jak Kazimierz Kutz zna Śląsk i w śląskości wyrósł, dojrzał i kto śląskość i filmowe rzemiosło ma we krwi…
Myślałam… Ale zobaczyłam "Dracha" na katowickiej scenie. I nie chciałam wychodzić z teatru. Chciałam, by jeszcze grali, choć już nic do zagrania nie było, bo chyba wszystko, co ważne w powieści, zdołał Robert Talarczyk opowiedzieć. A opowiedzieć na scenie, w ciągu zaledwie dwóch godzin niemal stuletnie, zagmatwane, polsko-śląsko-niemieckie dzieje Magnorów, to zadanie trudne.
Spektakl wciąga zanim jeszcze ucichnie trzeci dzwonek, zanim widzowie zajmą swe miejsca i zanim w górę pójdzie kurtyna, bo już wtedy Nikodem Gemander (Michał Rolnicki) gra swoje zagubienie, a Drach, męsko-kobiecy, albo kobieco-męski narrator (Anna Kadulska i Bartłomiej Błaszczyński) cierpliwie czeka, by zacząć snuć opowieść.
I idzie w górę kurtyna ujawniając scenografię tyleż minimalistyczną, co wymowną…

"Drzewo, człowiek, sarna, kamień. To samo…" Tak powiada stary Pindur wkraczając na scenę. Na scenę, co zdaje się być całą Ziemią
i całym życiem. Ziemia kręci się, na niej plotą się losy Magnorów, Lomaniów, Ebersbachów, Gemanderów, Czoików.
Ziemia się kręci i kręci się scena, bo taki sposób, poprzez zastosowanie obrotowej platformy, znaleźli twórcy spektaklu, by całe stulecie i historyczne burze miotające bohaterami pokazać. Nie było to z pewnością zadanie łatwe. Tak jak w powieści, tak na scenie losy bohaterów biegną różnymi drogami. Drogami krętymi i niełatwymi, jak niełatwa była historia Śląska.
Zdarzenia późniejsze, wcześniejsze, to co dziś i to co pięćdziesiąt czy sto lat temu. Nielinearnie, choć czytelnie.
Owa nielinearność, przenikanie, wynikanie zdarzeń, ich mnogość, ich zależność to niewątpliwie nie lada wyzwanie dla widza; mniejsze dla tego, kto powieść Szczepana Twardocha czytał. Bez uprzedniej lektury zrozumienie tego, co na scenie może być trudne i wydaje się, że różne reakcje publiczności i zasłyszane w foyer komentarze świadczyły, iż nie wszyscy z "Drachem" czytelniczo się zmierzyli.
Jeden z recenzentów napisał kiedyś, że "Drach" to powieść nieprzyjazna czytelnikowi. Trudno mi zgodzić się z tą opinią.
Twardoch nie stroni w "Drachu" od inwersji czasowych, zachowując jednocześnie lekkość pióra. To naruszenie chronologicznego porządku zdarzeń wydaje się jednak niezbędne w przypadku opowieści tak rozciągniętej w czasie i przestrzeni. Być może czytelnik nieoswojony jeszcze z jego językiem ma pewien kłopot z odnalezieniem w tej historii linearności, ale oswojenie tej prozy nie przychodzi trudno, zwłaszcza jeśli zaakceptuje się obecność nieco onirycznych wątków i bohaterów. I takim bohaterem, czy raczej narratorem, komentatorem jest tytułowy Drach. Drach, co jest kobietą i mężczyzną. A może istotą płci pozbawioną, wymykającą się ziemskiemu porządkowi, ale porządek w opowieści wprowadzającą.
Nad nim, nad nią, nad sceną, światem wisi opiekuńczo wielka, błyszcząca bryła węgla, co obracając się, ukazuje swój rewers; świecące złotem słońce.
Jest zatem czarne złoto i złote słońce tym, co określa śląski byt, co pozwala przetrwać, ale też dać głęboko pod ziemią schronienie przed światem. Właśnie tam, w kopalniane, węglowe labirynty ucieka przed swym losem Josef Magnor (Mateusz Znaniecki). Katarzyna Borkowska, autorka scenografii zdołała także ten podziemny świat zmieścić na scenie, wykorzystując w tym celu orkiestron.

Niezwykle przekonująco brzmią na scenie aktorzy, a zwłaszcza aktorki pięknie posługujące się śląszczyzną. Zachwyca Barbara Lubos, grająca raz młodą, zakochaną Valeskę Biela, raz starą, czekającą na śmierć Valeskę Magnor. Zachwycają Grażyna Bułka w roli Geli, Wioletta Smolińska jako Anna-Marie i Anna Lemieszek – frywolna, wyuzdana Caroline Ebersbach.

Robert Talarczyk przed premierą wspominał, iż nie ma na scenie bifyjów, makatek i śląskich kostiumów. Nie ma tu śląskiej nostalgii, "Gemütlichkeit" i "całej tej fałszywej świadomości śląskich krasnoludków", o której mówi Szczepan Twardoch. Nie musi ich być. Wystarczy język, lśniąca nad scenicznym światem bryła węgla i swojsko brzmiące nazwy: Gliwitz, Preiswitz, Nieborowitzer Hammer, Rybnik, by wiedzieć, gdzie toczy się ta historia.

A autor na scenie także się pojawia. Wirtualnie, niczym duch zaklęty w węglowej bryle. I z właściwą sobie swadą odczarowuje tę fałszywą, śląską świadomość.

Ta opowieść wciąga. Zarówno z kart powieści, jak i z teatralnej sceny. Bo jest tu wszystko. Jest miłość i zdrada, jest zbrodnia i zazdrość.
Jest radość, ale i choroba, wojna i śmierć.
Bo przecież wszystko i tak do śmierci zmierza.

Aleksandra Ścibich

Be the first to comment on "W ŚLĄSKIEJ CZASOPRZESTRZENI"

Leave a comment

Your email address will not be published.


*