… wagina, wagina, wagina pośród chmur …

Brak komentarzy, bądź pierwszy

Nie od rzeczy będzie wspomnieć, jeszcze przed lekturą, że nieprzypadkowo użyłem określenia "monodram wg prozy Susanny Kaysen". Oprócz "Przerwanej lekcji muzyki" wyszła w Polsce (bardzo późno!) wydana przez Sic! rzecz "Aparat, który dała mi matka", traktująca – znowu w oparciu o przeżycia autorki – o kobiecości w bardzo dosłownym, fizycznym sensie. To właśnie to dziełko jest główną osią monodramu, cboć bardzo celnie i w porę przypomniał Gleiwitzer solidną, psychologiczną podstawę artystycznego jestestwa Kaysen. Te dwie książki są w scisłym związku.

przypis dj

 

diagnoza w chwili wypisu: osobowość pograniczna, pacjentka wyleczona, podany lek: fenactil … tak by można zacząć, ale w zasadzie tak się kończy … tak się kończy ta przygoda z szaleństwem … kończy się, ale nie kończy … świrem się jest, jeśli się jest, a jeśli się już jest, to się już pozostanie, na długo, a pewnie na zawsze, i ten fenactil, i ta torazyna, i inne tam, nic nie dadzą, bo się jest …i ta Susann Kaysen chyba jest, bo tam wtedy pod koniec lat 60-tych wszyscy byli, pod koniec tych lat kiedy z Wietnamu przywozili ich w workach plastykowych, czarnych, a brodaci i kudłaci hipi po tym Białym Domem, przeciwko tym workom, gołymi rekami i songiem … więc tym świrem modnie było być i na topie, a psychoanalizy i psychiatria wyżyny osiągały jak nigdy przed i nigdy po … więc świrem modnie było być, choć czasem się było … więc się to wpisywało w tę filozofię wolności absolutnej i negacji wszystkiego, nawet siebie … wiec wolność absolutna i wspólnota wszystkiego i wszystkich … więc wspólny mózg, i nogi i ręce i dupa też … czy tak ? … czy też nie ? … czy było tak ? … czy było milion Chrystusów z długimi kłakami, brodami, wąsami, milion Chrystusów naćpanych, podziurawionych igłami jak sito … milion Chrystusów, którym nie staje, bo nie musi, bo nie powinno, bo nie potrzeba, bo nicość … i milion tych ni to półindianek, ni to półjaponek, ni to półgreczynek przewiewnych, prowokacyjnych ale bezpiecznych, bo i tak nie staje … czy było tak ? …                  

… „Przerwana lekcja muzyki” – prowokacja czy zapis masochistyczny …chyba masochizm, ale dobry … na tle kart chorobowych, owych syntetycznych zapisów szaleństwa, snuje się opowieść tej Susann Kaysen – mroczna opowieść, ale czy prawdziwa, ale czy przypadkiem studiowanie „Diagnostic and Statistical Manual of Mental Disorders” nie utwierdza Jej, że się jest właśnie „tą osobą o niestabilności obrazu siebie w formie chronicznego poczucia pustki i znudzenia”, miast tego, że się jest pierdolniętym albo nie, czy flirtuje się tylko z szaleństwem czy szalonym się jest, czy skłonność do „kompulsywnych zbliżeń pozamałżeńskich” ujętych liczbą przepieprzonych dziewczyn przez chłopaka, czy też ilości chłopaków przepuszczonych przez łóżko siedemnastolatki to konfabulacja, czy też „nadmierna aktywność psychofizyczna” zdiagnozowana ? … na stronach „Przerwanej lekcji” nie kapie od seksu, a może w ogóle go tam nie ma, choć nie jest on tematem tabu, choć gdzieś tam w podświadomości, a może między wierszami tkwi i to obciąganie, i to pieprzenie i inne takie tam przewijają się, ale sednem chyba nie są, dla mnie przynajmniej … inna sprawa, że kobietą nie jestem, raczej nie – więc i myśleć jej kategoriami nie potrafię, a seksualność widzę „po mojemu”. „Przerwana lekcja” to literatura kobieca i jeśli taka jako gatunek istnieje, to taką właśnie jest ta „Lekcja”, kobiecą mentalnie, psychicznie i fizycznie, słowem kobiecą pod każdym względem i żaden facet nie ma prawa jej zrozumieć właściwie, odczuć poprawnie, ogarnąć rozsądnie – nie ma prawa, bo jego „czucie” jest „inne” i w „innym miejscu” niż tej Susann Kaysen … więc się ten Jezierski podjął zadania karkołomnego o wyraźnych znamionach samobójczych … a może nie, a może udało mu się to coś, co 99,99% facetów się nie udaje, czyli udało mu się „zrozumieć babę” … tak czy owak Jego eksperyment wydaje mi się nadzwyczaj interesujący, choć nie wiem czy zaliczyć go do artystycznej prowokacji, nadzwyczaj odważnej bo sięgającej do rejonów u nas szczególnie „opatulonych” i wstydliwie skrytych, czy też skandalistą chce zostać, przynajmniej formalnym i w sztuce do przyjęcia, choć z przewidywalnymi „społecznymi oporami” … czas pokaże. Usprawiedliwiam się od razu, że monodramy nie widziałem i treści jej nie znam, prócz informacji ogólnych, które sam podał i „charakterystyki tematu”, no i plakatu przedstawienia, poniekąd jak najbardziej „prowokacyjnego”, ale to zawsze plakat tylko, więc może „nie ma strachu” … fascynuje mnie także jak sobie z „tym tematem” poradzi śliczna Ania Maksym i dwie inne aktorki również, doprawdy fascynuje … więc nie odpuszczę tym Świętochłowicom – ni chu, chu … choćby nie wiem co …

… boję się jednakowoż tych wagin, cip i cipeczek, tych pizdeczek i innych takich określeń, dla mnie cieplutkich i bliskich jak najbardziej, ale tu „zapreszczionych” i zakazanych całkowicie, bo „matka Polka” tego nie ma i mieć nie chce, a tylko „łono narodowe” ma, do rodzenia bohaterów i ojców świętych …

… bo tu dopuszczalne jest tylko „poczynanie”, a o „pierdoleniu” czy „pieprzeniu” nie może być mowy, tu … więc w czarnych barwach trochę to wszystko widzę tu …  …więc dlatego nad tą narodową poprawnością i czystością czuwa sam wicepremier, a on tylko z „męskością” ponoć, o czym pamięta i strzeże jak źrenicy oka tej „męskości” i pornosów nijakich nie dopuści w narodowej sztuce i kulturze, a wraz z nim tabuny chrześcijańskich matron w beretach mocherowych z parasolkami – strażniczki wiary i czystości – i co to tymi parasolkami bez mrugnięcia okiem zajebać mogą, choć litościwe ponoć … więc może na Białorusi, może w Rosji, może na Litwie, Gruzji, Ukrainie, a nawet chrześcijańskiej Hiszpanii to by uszło, ale w Polsce ni chu, chu … i nawet ta śliczna Ania Maksym może nie dać rady, bo gawiedź z zewnątrz ślepa jest i głucha całkowicie, a o przeróżnych „czynnikach społecznych” lepiej nie gadać … więc jeśli w tych Świętochłowicach się uda, to cudem to nazwać trzeba, tak cudem … więc jeśli zatem „Grzegorz Kempinsky i władze Świętochłowic udowadniają że jest możliwy dialog w przestrzeni kultury”, to jest to rzecz niepojęta i na szacunek zasługująca, choć w skórze ich nie chciałbym się znaleźć po premierze … ale może się mylę, może przesadzam …                                                                                                            

… i być może, to wyżej, to moje wyobrażenia, wyobrażenia o monodramie o transformacji prozy na dramat, transformacji Jezierskiego. Monodramy, jak to już podkreśliłem,  jeszcze nie widziałem, więc te wszystkie żeńskie „części ciała” to raczej z zapowiedzi i plakatu …

… sięgnąłem jeszcze raz do „Przerwanej lekcji muzyki”, tej Susann Kaysen, czyli, jak sądzę pierwowzoru, którą kiedyś czytałem, ale przecie dziś nie pamiętam z niej prawie nic prócz tego, że wywierała wówczas na mnie wrażenie przykre, wręcz przygnębiające, podobne do wrażenia, jakiego doznałem czytając „Lot nad kukułczym gniazdem” Kena Keyse’a, choć oczywiście to zupełnie różne rodzaje prozy, ale czy na pewno … nie lubię takiej literatury, budzi mój niepokój, jakiś lęk, mimo woli bowiem i podświadomie szukam u siebie syndromów choroby innych i mimo że ich nie znajduję, wcale mnie to nie uspakaja … może to kwestia mojej wyobraźni – nie wiem, nie lubię …

… więc może przesadzam z tym wszystkim, bo nie znam …

… więc może nie będzie tak źle …

… więc może Tobie i tym ślicznym aktorkom należą się podziękowania, za uskrzydlenie Waginy właśnie …

 

„W rogu pokoju stoi tygrys !!!!!!! „

„Uspokój się. To nie tygrys, to biurko”

„Ależ to tygrys !!!!! To tygrys !!!!!”

„Nie bądź śmieszny, podejdź i dobrze się przypatrz.”

_______________

… a jeśli to naprawdę tygrys ?

                                                                                                                        Gleiwitzer49

 

aparat-words-wersja-2

 

Be the first to comment on "… wagina, wagina, wagina pośród chmur …"

Leave a comment

Your email address will not be published.


*