Widziałem dziś Cezarego Morawskiego na dworcu…

Widziałem dziś Cezarego Morawskiego na dworcu kolejowym. Czekano na niego. Z powrotnym biletem, który wciąż jeszcze – przynajmniej teoretycznie – może mu się przydać. Wbrew powszechnemu mniemaniu nie został on bowiem "wybrany", "wyznaczony", a jedynie rekomendowany władzom województwa. Mogą jego kandydatury nie zatwierdzić i, zważywszy na formy i eskalację protestów, a także polityczne sympatie ich samych, to wcale nie jest wykluczone, choć mało prawdopodobne. Bo jest druga strona medalu – ustępstwo względem zbuntowanego teatru, w dodatku nagłośnione medialnie, byłoby niebezpiecznym precedensem, prawda?


Ale wróćmy do Morawskiego. Oczywiście, uważam, że nie powinien być rekomendowany przez komisję. Nie zasłużył, a wręcz przeciwnie, zrobił wszystko, żeby przez normalnie procedujące gremium zostać odrzucony. Stało się jednak inaczej. I oto Cezary Morawski stał się personifikacją wszelkiego zła tego świata. Dla ogromnej części teatralnych środowisk stał się żywym celem, złudnym wrażeniem, że oto teraz mogą celnie uderzyć we wszystko, czego nie akceptują. Skanalizował frustracje, pretensje, niechęć. Co więcej, stał się modnym celem ataku, jak klasowa sierota, którą przechodząc obok niej na szkolnym korytarzu, wręcz przystoi uderzyć, popchnąć, zwyzywać.
Niech mi niektórzy wybaczą, że będę nazywał rzecz po imieniu. Zarzucając konkretnemu człowiekowi to, że stał się (co najwyżej!) narzędziem w rękach polityków, atakując go w niewybredny czasem sposób i publicznie mentalnie linczując, stają się wręcz politycznymi nadmarionetami. Nie spostrzegają sami, że właśnie obsadzili się w rolach statystów w politycznym teatrum. Tylko statystów, bo główną rolę obsadził Morawski. Ten według nich niezdolny, trzeciorzędny, zakłamany i w ogóle mierny.

Patrzę na to i chętnie bym się śmiał. Ale nie mogę. Bo oprócz ludzkich przywar i małości w molierowskim stylu, mam do czynienia z niezwykłym, archetypicznym misterium. Na naszych oczach rozgrywa się wszechludzki, ponadhistoryczny dramat ofiarnego kozła. I nie mogę na to patrzeć inaczej jak z pełnym napięciem i współczującą uwagą. 

Pod rogami Morawskiego-Diabła ukryliśmy sprytnie, a w zasadzie podle, wszystko co nas boli w nas samych – naszą niemożność, nasz wkurw, że nie słuchają, naszą frustrację i naszą obrazę na większość, która "ich" wybrała. I to wlaśnie nasze słabości linczujemy, żeby coś odmienić, albo przynajmniej żeby stworzyć wrażenie, że działamy i jesteśmy silni. A co jeśli Morawski-Kozioł przeżyje? Będziemy się na nim mścić ze zdwojoną energią za to, że nawet jego medialnego całopalenia nie mogliśmy uwieńczyć sukcesem?
Widziałem dziś Cezarego Morawskiego na dworcu kolejowym. Był odważny. I był sam, nie jak inni w rozkrzyczanej gromadce. Zachował się godnie, na ile sytuacja pozwoliła mu godnym pozostać. Czy nam, jego oponentom, uda się to samo? Czy naprawdę w tym medialnym polowaniu została nam trzecioplanowa rola nagonki? Czy zatraciliśmy w tym kraju zdolność odróżnienia idei od człowieka, który – czasem niechcący – ją niesie? Jeśli tak – źle z nami będzie.

A ja nie mogę na to patrzeć spokojnie mimo wszystko. Nie chcę, aby to była moja ofiara (jakaż korespondencja dwóch znaczeń!). Chcę oszczędzić Morawskiego, mimo mojej niechęci do jego dyrektury. Dyrektury powtarzam, a nie człowieka.
I może właśnie dlatego czuję się silny.

Dariusz Jezierski

4 Comments on "Widziałem dziś Cezarego Morawskiego na dworcu…"

  1. Jak widzę – sprowadzanie do poziomu bruku to nasza narodowa tradycja… nowa, świecka tradycja. Tylko błagam – nie płaczcie potem, żeście nie wiedzieli, nie widzieli… że nikt Wam tego nie powiedział…
    Kontekst zupełnie podobny…
    http://wpolityce.pl/spoleczenstwo/306612-kolejny-oburzajacy-incydent-tym-razem-na-galowym-koncercie-w-filharmonii-narodowej-jan-pospieszalski-to-barbarzyncy

  2. popularne staje się bronienie dyrektorów przynoszonych w teczkach, wybieranych w ustawionych konkursach. niby piętnuje się patologie, ale czasem się je przemilcza, czy wręcz pochwala.

    • Odnośnie dyrektury Morawskiego wypowiedziałem się jasno. Nie akceptuję linczu jako metody. Nawet medialnego. Sam linczowany byłem.  Rezcywistymi adresatami protesu nie są Morawiecki, Łosicka, Stiborska… Wiemy o tym dobrze. Ale nie możemy jednak naszej niemożności dotknięcia rzeczywistych sprawców wyrównywać na kozłach ofiarnych. Antropologicznie rzecz ujmując, to rodzaj zbiorowej kreacji „zamiast”. A „zamiast” najczęściej nie niesie z sobą wartości… Morawski wystartował. Mógł. Wygrał – nie powinien! Wina Morawskiego, Komisji, czy jej mocodawców? Tak naprawdę to prawdziwy węzeł gordyjski. Usprawiedliwiając żołnierzy, dawalibyśmy alibi systemowi. Ale… zabrałem głos dopiero wtedy, kiedy zaczęło się to wymykać spod kontroli. Wcześniej oceniłem jednoznacznie Morawskiego, twierdząć, że nie powinien tego przyjmować. Ta fala agrechy, która właśnie się rozlewa, różni się dla mnie od agresji, którą Ty sam często piętnujesz, jedynie polem, na którym się wylewa. Jest niefizyczna, ale mentalna, psychiczna. Niszczy tak samo, boli tak samo, chociaż w innej płaszczyźnie percepcji. Tak to widzę…

      • w wyliczance zabrakło chyba tylko nazwiska obecnego dyrektora gliwickiego teatru bez imienia, a pasuje do tematu. gdybyś wziął udział w konkursie, wygrał go, a następnie dowiedział się, że był ustawiony, to byś zrezygnował z fotela, czy nie? oczywiście zakładając wysoce teoretycznie, że nie wiedziałbyś o ustawce od samego początku. wg mnie, jeśli ktoś świadomie bierze udział w takim przekręcie, to ma słabe prawo do narzekania na, jak to nazwałeś, agrechę ze strony własnego środowiska. zwłaszcza, kiedy się już zdążyło "zgubić" dziewięć milionów zł, co łaskawy sąd skwitował niską szkodliwością czynu. rzeczywiście, to kolejny ekspert "dobrej zmiany", niesłusznie krytykowany, ale na tę krytykę, jak widać, bardzo odporny. idzie jak czołg…

Leave a comment

Your email address will not be published.


*